poniedziałek, 30 czerwca 2014

Nowy tort i wakacje

Każde zamówienie na nowy tort to nowa przygoda. Najczęściej jest, niestety, tak, że dzwoni telefon i słyszę "Dzień Dobry, bo ja byłam na urodzinach X. Robiła tam Pani taki tort z Y i chciałabym zamówić taki sam". Trudno. Robię taki sam, albo proponuję niewielką zmianę. Ale zdarza się czasami nieco bardziej ekscytujące zadanie, które pozwala mi zaszaleć. 

I tak właśnie było tym razem. Żadnych ograniczeń. Krótkie zadanie: co najmniej 35 porcji i temat: wakacje. No i wreszcie, po kilku miesiącach mogłam stworzyć zupełnie nowy model tortu. Solenizantka zadowolona i ja też. Ciekawe czy Wam się spodoba. Dodam tylko, że tort jest (był) w 100% jadalny. 



poniedziałek, 23 czerwca 2014

Mięt(r)us czyli "No to świętujemy!"

Wprawdzie przedłużony weekend właśnie się skończył, ale ja powód do świętowania mam nawet niejako potrójny: 1) Dzień Ojca, 2) jutrzejsze imieniny mojej Mamy, 3) Kilka dni temu ktoś z Was odwiedził Chatkę po raz 200 000 - dziękuję! Z tej okazji wyjątkowe ciacho. Oczywiście, z truskawkami, ale uwaga!!! Miętowe!!!




środa, 18 czerwca 2014

Portulaka i śmietankowe jajo

Moja znajomość z portulaką nie pochodzi z Portugalii. Nie pochodzi też z rozległej wiedzy kulinarnej ani zawziętego poszukiwania nowości. Pochodzi za to z własnego ogródka :)
Ot, któregoś pięknego dnia weszłam po prostu do ulubionego sklepu z nasionami w poszukiwaniu nowych ziół. Po wykupieniu wszelkich rodzajów bazylii (cytrynowej, czerwonej i cynamonowej), po chwili zastanowienia dorzuciłam jeszcze paczuszkę nasion rośliny, o której nie wiedziałam nic. Tak w ramach eksperymentu. Okazało się, że rośnie łatwo i szybko, zbiera się już po kilku tygodniach od zasiewu i nie ma specjalnych wymogów - wystarczy doniczka i trochę ziemi do kwiatów. I tak portulaka dołączyła do mojego kuchennego repertuaru. 




wtorek, 17 czerwca 2014

Szparagi z szynką i orzechami

Czerwiec to najpiękniejszy z miesięcy. Wychodzę z domu na najprostsze zakupy i po miesiącach oglądania głównie marchewki i selera, nagle zwykły, osiedlowy stragan zamienia się w Campo di Fiore. Czuję się tam bez mała jak w skarbcu Alladyna i podejrzewam, że niektóre kobiety przeżywają podobne oszołomienie tylko w butikach, ew. sklepach obuwniczych. Mnie zdarza się to jeszcze w księgarniach. Truskawki, czereśnie, wiśnie, pierwsze morele, maliny, szpinak, kurki i one. Szparagi. 

Specjalistką od szparagów była Babcia Alicja. Polowała na nie już w maju i przyrządzała tak, że wszystkim buty spadały. A musiała się sporo naszukać, bo w latach 60-tych i 70-tych w małej miejscowości na Dolnym Śląsku szparagi były nie lada rarytasem. Dla Babci było to wspomnienie majętnego, wielkopolskiego stołu jeszcze z międzywojnia. Dla mnie to wspomnienie Babci. Białe, miękkie aromatyczne szparagi utopione w beszamelu, polane zrumienioną tartą bułą, z których resztek powstawała kremowa zupa-cud, koniecznie z domowymi łazankami. Ewentualnie zielone, zawinięte w szynkę z kawałkiem jajka. Z czasem nauczyłam się na nie jeszcze kilku innych sposobów i ten dzisiejszy jest jednym z nich, ale najlepsze na świecie i tak już zawsze będą te babcine, których jest dla mnie syntezą. Wyglądając stosunkowo nowocześnie, mają w sobie coś z elegancji wysokiego mieszkania w starej kamienicy i wielkiego, okrągłego stołu w salonie Babci. 




niedziela, 15 czerwca 2014

Sernik: 2x truskawki, 2x czekolada

Staram się unikać takich określeń w stosunku do tego, co sama ugotuję lub upiekę (tak, taka jestem niedzisiejsza i marketingowo oporna), ale ... to ciasto jest obłędne! Nie można mu się oprzeć. Nie da się skończyć jedzenia na jednym kawałku. Czekoladowy spód, puszysta masa serowa i truskawki. Prawdopodobnie najlepsze, co kiedykolwiek upiekłam. Zdjęcie nie oddaje nawet 10% smaku. Ten, kto spróbuje, będzie wiedział, czy polubić ten blog czy o nim zapomnieć. Będzie wiedział o mnie wszystko.




sobota, 14 czerwca 2014

Już są!!! Kurki, nie kury.

Zwykle przynosiła mi je Julka, ale widać zamążpójście jest na tyle ograniczające czasowo, że tym razem jakoś nie wyszło (a może jeszcze się uda?). Dostałam więc słoiczek już takich gotowych, w occie. I musiałam sama sobie kupić ...  argh, jakie to drogie! Ale uczucie jakim darzę te pierwsze, nieduże, złote grzyby skutecznie uciszyło nawet moją skąpą, poznańska naturę. I oto one: kurki na ostro, smażone na maśle, w towarzystwie makaronu i rukoli. 

Co można zrobić z kurek? Oczywiście, jajecznicę. Ale to wiedzą i robią wszyscy. Wrzucić do octu, ale takie już mam. Pierogi (no, chyba bym się zapłakała wrzucając tak drogocenny produkt do pierogów). No to makaron.

I w ten sposób narodził się kolejny z moich ulubionych miksów polsko-włoskich. Włochy reprezentują: rukola i penne (po polsku makaron-rurki), koniecznie z pszenicy durum. Polskę reprezentują: kruche, przyprawione na ostro kurki i klarowane masło. I nic tu więcej nie jest potrzebne.



czwartek, 12 czerwca 2014

(Nie)snobistyczny Camembert

Były takie czasy, gdy w naszym kraju nad Wisłą, Camembert uważany był za snobizm, a tzw. "normalni zjadacze chleba" twierdzili, że zajeżdża starymi skarpetkami. Na szczęście ów czas minął, a Camembert, lepszej lub gorszej jakości (oryginalny wytwarzany jest wyłącznie przez kilkuset producentów z Orne w Normandii) dostępny jest w każdym sklepie i to nawet za stosunkowo niewielkie pieniądze (zdarzyło mi się już nawet kupować poniżej 3 zł za krążek). 

Używanie go do kanapek jest oczywiste (osobiście uwielbiam wersję z majonezem i plasterkiem jabłka - spróbujcie!), panierowanie i smażenie również. Ale najbardziej lubię go w wersji piekarnikowej, tłumacząc sobie, że przecież zawsze to lepiej niż w kalorycznej, chłonącej tłuszcz panierce (złudne - już sam ser jest bardzo kaloryczny).


środa, 11 czerwca 2014

Się makrelę je, je, jeeee!

Się też wie: ryby są zdrowe. Tylko ostatnio tak się jakoś porobiło, że są też nieco snobistyczne. Łososie, sole, halibuty, tuńczyki kosztują fortunę. Sama należę w dodatku do tych świrów, którzy ponad ich smak, przekładają rodzime pstrągi, dorsze, flądry i okonie, które nie rujnują portfela aż tak. Podobnie jest z rybnymi śniadaniami - puszka tuńczyka wystarczająca na 3 kanapki to najmarniej 4 zł z kawałkiem. Wędzona makrela podobnie, tyle, że nakarmisz nią całą rodzinę. Wiedźma zaprasza na śniadanie jak z dzieciństwa. 




wtorek, 10 czerwca 2014

Ja Cię tortę! :)

Pamiętam, jak kiedyś jeden z kolegów na propozycję, że mogę upiec na szybko ciasto zareagował "Jak to upiec ciasto?!" "No, normalnie. A skąd się biorą ciasta?" "Z cukierni!". Niewątpliwie :) Tak drastyczny przypadek zdarzył mi się raz, ale często słyszę, że pieczenie trudne, drogie, czasochłonne. Że Babcia, czasem Mama, to owszem, tak, ale ja?! Przecież dziecko, dom, brak czasu. A jeszcze tort? W życiu! Biszkopt, krem - zbyt skomplikowane. "To se ne da" jak mawiają południowi sąsiedzi. 

Otóż, nic bardziej mylnego. Da się. Dlatego dzisiejszy wpis nie będzie jednym spójnym przepisem, a raczej rodzajem inspiracji (żeby nie napisać "lekcją") na temat domowego ciasta (żeby nie napisać "tortu") - biszkoptowego z kremem i owocami - szybko, na dwa sposoby i na tysiąc innych możliwości. 





poniedziałek, 9 czerwca 2014

Wiedźma zaprasza na torty!

Powracam na dobre i z nową pasją! Nowym dodatkiem na moim blogu będą torty. 

Więcej zdjęć i informacji można znaleźć pod adresem:

http://nakurzejstopce.blogspot.com/p/torty-wiedzmy.html

lub

na górze strony, w zakładce "Torty Wiedźmy".

Zapraszam!


czwartek, 24 października 2013

Dyniowy Sernik, powroty i List do M.

Zabawne tak wracać, niemal dokładnie po roku. Oczywiście, nie przestałam przez ten rok i piec gotować. Po prostu zajęta rodzinnym rozgardiaszem, nowym psem, nową pracą, drugą nową pracą, nowym hobby i kolejnym nowym hobby wygrzebałam odrobinę czasu na kuchenne czary. Niestety, na pisanie o tym już mniej - mam więc w komputerze pełen kufer kulinarnych zaklęć, które, mam nadzieję, powolutku będą wychodziły na światło dzienne.

 A swoją drogą, to chyba lekko symptomatyczne, że te dwa etapy mojego życia połączył ten właśnie miesiąc - magiczny listopad, w którym Zaduszki, Andrzejki i Haloween. Symptomatyczne, dla wiedźm, oczywiście :)

Dzisiejszy post powstaje dzięki inspiracji M., która stara się ostatnio eksperymentować w kuchni. I w ramach tych eksperymentów kupiła dynię. Na słono nie zasmakowała i M. szuka czegoś na słodko. I wtedy właśnie przyszedł mi do głowy pewien sernik, który znalazłam u Kasi Guzik z http://gotowaniecieszy.blox.pl/html  i upiekłam już dość dawno. 

Okazał się najlepszym amerykańskim sernikiem, jaki jadłam kiedykolwiek - kremowy, leciutki i cudownie delikatny. Dokonałam niewielkiej tylko modyfikacji rezygnując z przypraw - imbiru i cynamonu, bo jakoś, choć absolutnie poprawne, mnie osobiście tworzą z dynią zbyt zimowe, wytrawne połączenie. 

I tak właśnie napisałam List do M:

Kochana M!

Wiem, wiem, że trochę się spóźniłam. Ale przecież jesień wciąż za oknami bardziej jeszcze złota niż szara i wciąż dobrze pasuje do niej dyniowy uśmiech. A delikatność i lekkość tego sernika przywołuje więc lato, Słońce i myśl o wiszącym na drzewie złocie liści. 

Zrób go, kochana, zrób bo warto! I nie przerażaj się od razu, że sernik, że trudny, bo tak nie jest. To banalny Amerykaniec, właściwie rodzaj ciasta według stałej amerykańskiej zasady: wrzuć do miski i zmiksuj. Tu nie ma bicia piany i stresu: "urośnie czy nie? upadnie czy nie?" A po efekcie nikt się nie domyśli, że tak szybko poszło - prawdziwe czary!


S e r n i k      D y n i o w y
(przepis na blachę, z połowy wychodzi akurat średnia tortownica) 



piątek, 16 listopada 2012

Pumpkin Pie

Czasami człowiek łamie zasady, nawet swoje własne prawda?  Ja na przykład, nie obchodzę Haloween. Nie mieszkam w Stanach, a i samo święto jakoś mnie nie zachwyca. Osobiście wolę nasze lekko zamyślone, nostalgiczne Zaduszki poświęcone bardziej wspomnieniom o Kiedyś Kochanych Nieobecnych niż duchy w białych prześcieradłach. I to pozwala mi spokojnie cieszyć się 11 listopada :) Czarownicom natomiast poświęcam Andrzejki (to już niedługo, pamiętacie, żeby przygotować wielki klucz i duuuużo wosku?)

Ale, mimo to, w listopadzie rozkoszuję się dyniami. Zwykle w słodyczach, bo na słono smakują mi średnio. 




Zasadniczo nie używam też amerykanizmów. Zasadniczo, bo jak odmówić sobie nazwy "Pumpkin Pie"? Zabawnie brzmi i tak śmiesznie podskakuje na języku. Spróbujcie to sobie powiedzieć "Pamp-kin-Paj". Fajnie, prawda? :)

Pumpkin Paj, to po prostu ciasto dyniowe. Piekłam już kiedyś takie ciemne, puchate z przyprawami, trochę piernikowe. To jest inne, chyba bardziej typowe. Kruche ciasto, a w środku zapieczony, dyniowy krem. W cudnym, rozświetlającym szary listopad, kolorze Słońca. Po polsku byłaby to, po prosty, Tarta Dyniowa. Ale, jak już pisałam, Człowiek (Wiedźma też Człowiek) czasami łamie zasady :)


P u m p k i n    P i e

Składniki na ciasto:

  • 20 dag mąki pszennej,
  • 5 dag mąki ziemniaczanej,
  • 15 dag zimnego masła,
  • szczypta soli,
  • 2 łyżki cukru pudru,
  • 1 jajko
  • 1-2 łyżki kwaśnej śmietany (w razie potrzeby)



Składniki na dyniowy filling (znów amerykanizm, a co!) :) :

  • 2 szklanki puree z dyni, *
  • 1 szklanka śmietany 12%,
  • 1 jajko,
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej,
  • 1/2 szklanki cukru,


Wykonanie:

 Na stół wysypałam mąki i zmieszałam z cukrem oraz solą. Wbiłam jajko i wyrobiłam z posiekanym masłem. Gotowym ciastem wylepiłam formę do tart i schowałam  na godzinę do lodówki.

Składniki na nadzienie po prostu zmieszałam, zwykłą drewnianą łyżką, bez użycia miksera.

Ciasto podziurawiłam widelcem i wstawiłam na kwadrans do nagrzanego do 200 stopni piekarnika (kruche to jedno z nielicznych, których nie wstawiam do zimnego piecyka, bo nie musi rosnąć).

Na podpieczone ciasto wylałam nadzienie i piekłam jeszcze godzinę w 150 stopniach.

S m a c z n e g o !

* Puree z dyni w Stanach podobno występuje w puszkach. W Polsce nigdy nie spotkałam. Robię je więc sama, trochę jak dżem. Czyli miąższ dyni kroję w kostkę, wkładam do garnka, na dno którego wlewam 1-2 łyżki zimnej wody, dodaję szczyptę soli, zasypuję symboliczną ilością cukru i smażę na małym ogniu, aż dynia zamieni się w papkę i odparuje płyn. Gotowe (czyli gdy zaczyna przywierać do dna garnka) rozmiksowuję końcówką do zupek dziecięcych. Cukru można dać więcej i od razu zrobić dżem. W takim wypadku dobrze dopachnić cynamonem, imbirem i goździkami. Ale nie polecam. Z takiego puree można przyrządzić też kilka fajnych słonych dań :) W wersji słodkiej dodaję też czasem na koniec trochę smażonej skórki pomarańczowej. Tylko błagam, nie proście mnie o proporcje. Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby ważyć takie ilości dyni! 

sobota, 10 listopada 2012

Przypominajka

Nie mogłam się oprzeć. Chyba się starzeję, bo naprawdę się starałam. Ale jakoś nie wyobrażam się, żeby 11 listopada było inaczej . . . 

http://nakurzejstopce.blogspot.com/2010/11/na-sw-marcina-rogale-i-gesina.html


niedziela, 4 listopada 2012

Antydepresyjne Ciasto ze Śliwkami

Zanim nadejdzie dyni i jabłek czas . . . no nie. Już nadszedł. Ale, że mam lekkie spóźnienie, będę dziś zachęcać do wykorzystania ostatnich śliwek. Dalej w konwencji wykorzystywania przede wszystkim tego, co, wyrosło u nas i nie przebyło tysięcy kilometrów w zasypce z konserwantów. 




Gdy za oknem jesień, deszcz i słota, pora lekko osłodzić sobie życie. Cudownie jest wrócić wieczorem do domu, zapalić małą lampkę, otworzyć książkę, zaparzyć do niej kubek dobrej herbaty i ukroić kawałeczek pachnącego migdałami, puchatego ciasta ze śliwkami. Energiczne lato nie pozwala tak wspaniale odpocząć, jesień też ma swoje dobre strony :)

Dlatego właśnie ciasto dedykuję Gosi, która walczy teraz ze swoimi cieniami. A ja mogę tylko z daleka, trzymać za nią kciuki. 

Od razu uprzedzam, że ja lubię to ciasto właśnie takie, lekko wiejskie, po staroświecku wyrośnięte. Ale można się też pokusić o upieczenie go z połowy porcji, w bardziej wytwornej, modnej, niższej i soczystej od śliwek formie. Bliżej zimy, gdy za oknem śnieg, śmiało można też uperfumować je łyżeczką rozgrzewającego cynamonu. Co kto lubi :)




Przepis pochodzi z książki Ewy Wachowicz "Ewa Gotuje". Jedyna zmiana to użycie płatków migdałowych zamiast wiórków kokosowych i zwiększeniu ilości śliwek (użyłam dużych czerwonych zamiast cierpkich węgierek). Jest szybki i bardzo proste, uda się nawet początkującym cukierniczkom. I sprawia, że dom jakoś bardziej pachnie domem. 


C i a s t o    Z e    Ś l i w k a m i

Składniki:

  • 70 dag czerwonych śliwek,
  • 6 jajek
  • 6 łyżek oleju słonecznikowego,
  • 1 1/2 szklanki mąki,
  • szczypta soli,
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia,
  • 1 szklanka cukru,
  • skórka otarta z 1 cytryny,
  • 150 g płatków migdałowych

Wykonanie:




Jajka zmiksowałam z cukrem, solą i olejem. Stopniowo dodawałam zmieszaną z proszkiem mąkę,na końcu skórkę z cytryny.
Gotowe ciasto przelałam do natłuszczonej i wysypanej bułką tartą tortownicy. Wierzch ciasta posypałam płatkami migdałowymi i ułożyłam na nich połówki śliwek (skórką do dołu), zasypałam resztą migdałowych płatków.
Piekłam godzinę w 180 stopniach.

S m a c z n e g o !

Zajrzyj też do Bawarskiego Ciasta Ze Śliwkami: 




http://nakurzejstopce.blogspot.com/2010/09/kolejny-debiut-tym-razem-weekendowa.html



niedziela, 28 października 2012

Wiedźmowa Spiżarnia


Ostatnio, zdjęciami letnich zbiorów z ogrodu żegnałam lato. Dziś, zatrzymując lato w słoikach, przywitam jesień. Będzie to wpis trochę zbiorczy, taki, na który pracowałam calusieńkie lato. 



Nie będę pisała o sokach, dżemach i konfiturach, bo te przyznaję, robię przeważnie dość sztampowo; soki w sokowniku (ale bardo, bardzo polecam czarny bez!), dżemy wysmażając owoce z cukrem, a na konfitury redukując owoce w syropie.  Tak bardziej ogólnie pochwalę się tylko, że wyprodukowałam w tym roku ponad 180 słoików :)



K a n d y z o w a n y     A g r e s t


To specjał Cioci K. Przepis, który udało mi się w tym roku wydębić po raz pierwszy i już się cieszę na świąteczny keks :) Przepis bardzo prosty i baaaaaardzo czasochłonny.




Składniki:

  • 1 l wody mineralnej niegazowanej,
  • 2 kg twardego, zielonego agrestu,
  • 2 szklanki cukru

Wykonanie:

Agrest obrałam, a następnie pracowicie każdą kuleczkę kilkukrotnie ponakłuwałam igłą. Wodę zagotowałam z cukrem do powstania syropu. Gorącą zalałam agrest i zostawiłam do ostygnięcia. Całą procedurę powtórzyłam trzykrotnie. Owoce przełożyłam do słoików, zalałam pozostałym syropem i zapasteryzowałam.


G r z y b y    P a s t e r y z o w a n e

Wystarczy wyłożyć ze słoika na patelnię, przesmażyć z cebulką, zalać śmietaną,doprawić, zagotować i obiad gotowy. Moja Mama robi je co roku i nie wyobrażam już sobie zimy bez nich. Używane też do krokietów, pasztecików i wszystkiego, w czym świeże, jędrne grzyby smakują lepiej niż suszone. 



Składniki:

  • 2 kg grzybów (najlepsze podgrzybki, maślaki, kozaki i prawdziwki),
  • 20 dag cebuli,
  • 1 szklanki wody stołowej,
  • sól

Wykonanie:

Oczyszczone grzyby pokroiłam na ćwiartki i oddzieliłam nóżki. Cebulę pokroiłam w piórka. Wymieszałam grzyby z cebulą, zalałam wodą, osoliłam i dusiłam kwadrans. Przelałam do słoików i pasteryzowałam dobrze ponad godzinę.

P a p r y k a    w    M i o d z i e



Składniki:
  • 2 kg czerwonej papryki,
  • 5 szklanek wody stołowej,
  • 1 szklanka octu 10%,
  • 1 szklanka miodu (ew. 1 szklanka cukru i 2 łyżki miodu),
  • 1 łyżka oleju,
  • 1 marchewka,
  • 1/2 cebuli
  • przyprawy: biała gorczyca, czosnek, pieprz czarny ziarnisty, kolendra, ziele angielskie, goździki, liść laurowy, estragon suszony

Wykonanie:

Obrała, oczyściłam paprykę, pokroiłam na ćwiartki i zanurzyłam na 2 minuty we wrzątku, następnie przełożyłam do wody z lodem. W słojach ułożyłam kawałki papryki z dodatkiem cienkich plasterków marchewki, cebuli i przyprawami. 
Wodę zagotowałam z octem, olejem i miodem. Gorącą zalewę przelałam do słoików z papryką i od razu zakręciłam. Pasteryzowałam około pół godziny.


S a ł a t k a 

P a n i    K u p c z y k o w e j

Pani Kupczykowa była sąsiadką Mojej Babci. I robiła na zimę sałatkę cud-miód-malina. Naprawdę. A w dodatku wyjątkowo piękną kolorystycznie.



Składniki:
  • 1 kg buraków,
  • 1 kg białej kapusty,
  • 20 dag cebuli
  • 1 szklanka wody
  • 1 szklanka octu
  • 20 dag cukru
  • 1 łyżka soli

Wykonanie:

Ugotowałam buraczki, obrałam i starłam na grubej tarce, wymieszałam z poszatkowaną kapustą i pokrojoną w cieniutkie piórka cebulą. 
Wodę zagotowałam z octem, cukrem i solą. Gorącą zalewą zalałam warzywa i odstawiłam na 20 minut. Gotową sałatkę nałożyłam do słoików, zakręciłam i pasteryzowałam 30 minut.

O g ó r k i    w    M u s z t a r d z i e

Totalny eksperyment. Nigdy nie jadłam. Wyszukałam kilka przepisów na różnych forach kulinarnych, wyciągnęłam średnią i są. 



Składniki:
  • 2 kg ogórków,
  • 3/4 szklanki octu,
  • 2 łyżki soli,
  • 6 łyżeczek musztardy,
  • 1 l wody,
  • 1 3/4 szklanki cukru

Wykonanie:

Zagotowałam wodę, dolałam ocet, rozmieszałam cukier, sól i musztardę, wystudziłam. Ogórki, bez obierania pokroiłam na ćwiartki i poukładałam w słoikach. Do każdego słoika wrzuciłam  po 3 ziarna pieprzu i ziela angielskiego raz 5 ziarenek białej gorczycy. Wypełniłam słoiki zalewą musztardową i pasteryzowałam 12 minut. 

B a z a    d o    C h i l l i

Kolejna propozycja na szybki obiad. Wystarczy podsmażyć mielone mięso, dodać łyżkę dobrego, ciemnego kakao, zalać sosem i wyrzucić na ryż. 
Uwaga! Bardzo, bardzo ostre!
Uwaga!!! Z autopsji wiem, że papryczki chilli należy KONIECZNIE kroić w rękawiczkach - autentycznie parzą palce!!!



Składniki:
  • 5 kg pomidorów,
  • 15 małych papryczek chilli,
  • 10 ząbków czosnku,
  • sól, cukier, pieprz do smaku

Wykonanie:

Pomidory obrałam, odrzuciłam pestki i porządnie wysmażyłam do uzyskania gęstej pasty. Nie chodzi tu o konsystencję ketchupu, ale raczej koncentratu. Nie miksowałam i nie przecierałam. Doprawiłam do smaku, dorzuciłam drobno pokrojony czosnek i chilli, podgotwałam jeszcze 2 minuty i zaprawiłam.

J u l k o w e    G r u s z k i
(w zalewie miodowo-octowej z borówkami i tymiankiem)

Wynik totalnego eksperymentu. Otóż pewnego dnia Julka i Wojtek przynieśli mi prawdziwe, leśne borówki. I było tego skarbu zdecydowanie zbyt mało na samodzielny sos.  Pobuszowałam też trochę w Julkowym ogrodzie, gdzie pięknie rozpanoszył się tymianek i przywiozłam go sobie cały pęk. I tak właśnie wymyśliłam Julkowe Gruszki.



Składniki:
  • 4 duże, twarde gruszki,
  • 5 dag leśnej borówki,
  • 8 gałązek świeżego tymianku,
  • 2 ząbki czosnku,
  • 1/2 szklanki octu jabłkowego,
  • 1/2 szklanki miodu,
  • 2 szklanki wody

Wykonanie:

Gruszki obrałam, wydrążyłam i pokroiłam na ósemki. Wodę zagotowałam z cukrem i gotowałam w niej gruszki, aż zrobiły się lekko szkliste (około 20 minut). Porozkładałam do słoików, do każdego wrzuciłam borówki i gałązki tymianku. Do wody z gotowania gruszek dolałam ocet i ponownie zagotowałam. Słoiki z gruszkami zalałam gorącą zalewą i odstawiłam do góry dnem.


K o p e r k o w a    S a ł a t k a

z     O g ó r k ó w

Przepis nowy, ale wypróbowany. Sprawdzony na Agacie (kto pamięta ciasto Agatka z czarną porzeczką?), której zasmakowało tak, że zrobiła własną. I która z Maminego ogrodu dostarczała mi ogórki, których w tym roku zużyłam, uwaga, 30 kilo! No, nie tylko na tę sałatkę. Zaprawiłam też ogórki na mizerię, kiszone, konserwowe, zrobiłam pikle. Tych znanych powszechnie przepisów nie zamieszczam, jeśli ktoś ma ochotę, poproszę o maila. 



Składniki:
  • 2 1/2 kg ogórków,
  • 25 dag marchewki,
  • 1 duuuuży pęczek koperku,
  • 1/4 szklanki oleju,
  • 1/2 szklanki cukru,
  • 1 łyżeczka pieprzu czarnego,
  • 1 płaska łyżka soli,
  • 4 ząbki czosnku,
  • 1/2 szklanki octu 10%

Wykonanie:



Ogórki obrałam i pokroiłam w plasterki. Cebule pokroiłam w ćwierćplasterki, marchewkę obrałam i starłam na grubej tarce. Posiekałam koperek. Wszystko zmieszałam w jednej misce z olejem, cukrem, solą, czosnkiem, octem nakryłam talerzem, przycisnęłam kamieniem (takim od kiszenia ogórków) i odstawiłam na godzinę. 
Powstałą sałatkę razem z sokiem przełożyłam do słoików, zakręciłam porządnie i pasteryzowałam 10 minut.


M a r y n o w a n y    C z o s n e k

Zdecydowanie męski przysmak. Mieszanina słodko-kwaśnego z ostrością czosnku i papryczek chili. Można zjeść jeden ząbek na przystawkę, w większej ilości trudno sobie wyobrazić pochłonięcie tego na raz. 




Składniki:
  • 12 dużych główek polskiego czosnku,
  • 10 dag cukru,
  • 2 łyżki soli,
  • 2 l wody,
  • 1/2 l octu jabłkowego,
  • 6 małych papryczek chilli,
  • 3 gałązki świeżego tymianku
Wykonanie:

Czosnek obrałam i podzieliłam na ząbki. Wodę zagotowałam z octem, solą i cukrem, wrzuciłam czosnek i obgotowałam przez 1 minutę. 
D0 słoików nałożyłam chili i tymianek, przelałam czosnek z zalewą. Zapasteryzowałam.

S m a c z n e g o !

A gdyby komuś było jeszcze mało tej wycieczki po spiżarni, zapraszam na kilka spiżarnianych wspomnień:

Marynowana Dynia

Czekośliwka

Sos Włoski, Ketchup i Sałatka z Zielonych Pomidorów

Krem Banaowo-Czekoladowy zamiast Nutelli

piątek, 26 października 2012

Wiedźma się żegna . . .

Nie, nie. Nie z blogiem. Ta mała internetowa chatka, stała się moim nałogiem, nawet jeśli w natłoku codzienności znikam czasem na kilka tygodni :)

Nawet jeśli chwilowo nie piszę, to przecież gotuję i piekę, więc już za chwileczkę, już za momencik obiecuję nadrobić zaległości.



A żegnam się z latem. I, niestety, z ogrodem, który w zminiaturyzowanej wersji przenosi się już na parapety naszego małego domku. Co ma ogród do gotowania? Ależ wszystko! Zawdzięczam mu w tym roku nieznające chemii dynie, kabaczki, cukinie, patisony, bób, groszek, fasolkę szparagową, jabłka, śliwki, trochę rabarbaru, odrobinę agrestu, ciemne winogrono, sałatę, rukolę, portulakę, koperek, natkę pietruszki, pomidory w 5 gatunkach, buraczki, szczypiorek, ogórki, bazylię (zwykłą, czerwoną, grecką, cynamonową i cytrynową), rozmaryn, lubczyk, tymianek, lebiodkę (czyli oregano), cząber, truskawki, poziomki i inne cuda. 



A tym, którzy chcieliby, ale wydaje się im, że w warszawskim betonowym blokowisku się nie da, podpowiem, że wszystkie zioła, truskawki, poziomki, pomidory, portulaka, sałaty, natki rosną u mnie w balkonowych korytkach,  doniczkach a nawet pudełeczkach po serkach i jogurtach. I to  przez cały rok :)

sobota, 18 sierpnia 2012

Klasyka Gatunku: Czekoladowe Ciasto z Wiśniami

Muszę się przyznać, że oprócz prowadzenia własnego bloga, nałogowo zaglądam też do bardziej doświadczonych koleżanek bloggerek. Jedne blogi podobają mi się bardziej, inne mniej, a niektóre wręcz zawstydzają. Głównie urodą. Nie staram się podpatrywać "udziwnień" z kuchni japońskiej, arabskiej, kupować składników po 80 PLN za kilogram, po które trzeba jechać na drugi koniec miasta. Ale bardzo często zazdroszczę. Zazdroszczę cudownych zdjęć, stylizacji, wymyślnych, niemal malarskich kompozycji. 




Przyznaję, że pod tym względem jakoś u mnie biedniej. Brak mi chyba fotograficznej techniki, cierpliwości, fantazji, czasami, po prostu, czasu. Czasami dlatego, że życie zwyczajnie goni, a czasami, zanim zdecyduję, że to jest właśnie to - przepis gotowy, godny opisania i sfotografowania, zanim pobiegnę po aparat, do sfotografowania pozostają już tylko nędzne resztki. 

Tak właśnie było z tym ciastem. Nie wiem, co się stało, chyba zjadło się samo, czy co?! A może winien temu pewien zakochany w wiśniach domownik? Wybaczcie więc zdjęcia, są jakie są. Ale może to właśnie jest najlepsza rekomendacja dla tego ciasta? Bo jest cuuuuuuuuudowne! Baaaaardzo czekoladowe, wilgotne, a z wiśniami komponuje się tak, że . . . co ja będę opisywać! Upieczcie, absolutnie warte grzechu . . . 


C z e k o l a d o w e    C i a s t o 
z    W i ś n i a m i



Składniki:


  • 2 1/2 szklanki mąki
  • 3 tabliczki gorzkiej czekolady, min. 70% kakao
  • 1 1/2 szklanki cukru
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 3 łyżki kakao
  • szczypta soli
  • 6 jajek
  • 1 szklanka oleju słonecznikowego
  • 350 ml maślanki
  • 3 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 80 dag wydrylowanych wiśni


Wykonanie:

Czekoladę posiekałam najdrobniej jak tylko się da. To ważne, żeby jej nie trzeć, bo w cieście powinny unosić się maleńkie, rozpływające się na wiśniach kawałki czekolady. Wiśnie wydrylowałam, osączyłam z soku, oprószyłam 2 łyżkami mąki i przemieszałam.
Wszystkie sypkie składniki wymieszałam (mąka, cukier, sól, proszek do pieczenia, mąka ziemniaczana, kakao) i zmiksowałam dodając kolejno maślankę, jajka i olej.
Do gotowego ciasta wrzuciłam wiśnie, kawałki czekolady i delikatnie wymieszałam, już przy użyciu tylko łyżki. Przelałam do największej posiadanej blachy, którą wcześniej natłuściłam i wysypałam tartą bułką. Piekłam około 90-100 minut w 160 stopniach.




S m a c z n e g o ! 

sobota, 11 sierpnia 2012

Panna Kottka

Wiem, wiem. Powinno być: Panna Cotta, czekoladowa z sosem z białych porzeczek. Ale nic nie poradzę, gdy się ma w domu czarną kotkę z białymi łapkami, skojarzenie jest oczywiste. Jeszcze gdy do tego owa kotka nosi imię Psoty, taka psotka z nazwą deseru nasuwa się sama przez się, prawda? 




Była już porzeczka czarna, była czerwona, czas na białą. Tym razem nie w cieście, a w deserze. Panna Cotta, czyli włoska galaretka na bazie śmietany, dzisiaj z wyraźną, mocno słodką nutą czekolady. A do tego kontrastujący kolorem i kwaśnością sos z białych porzeczek. Kontrastujący tak bardzo, że żeby ów kontrast  uzupełnić, zdecydowałam się na dość oryginalny sposób podania, w zestawie zimno-ciepło. Zimna Panna Cotta i gorący sos. I niech to też będzie nawiązanie do tego, że Panny Kotki chadzają zwykle własnymi ścieżkami :)


C z e k o l a d o w a
 P a n n a     K o t t k a



Składniki:

300 ml śmietany kremówki
150 g serka waniliowego
10 łyżek sproszkowanej (lub startej) czekolady
3 łyżeczki żelatyny
75 ml wody

Wykonanie:

Śmietanę zmieszałam z serkiem i proszkiem czekoladowym, zagotowałam. Żelatynę rozpuściłam w gorącej wodzie i ciągle miksując, wąską strużką wlałam do gorącej śmietany. Ciepły krem rozlałam do filiżanek, wystudziłam i wstawiłam na noc do lodówki. Przed wyjęciem wystarczy wstawić na chwilę filiżanki do gorącej wody. 


S o s 
z 
B i a ł y c h    P o r z e c z e k



Składniki:

2 łyżki wody
20 dag białych porzeczek
3 łyżki cukru
2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
1/3 szklanki wody

Wykonanie:

Wodę wlałam na dno niewielkiego garnuszka, wsypałam do niego porzeczki, zasypałam cukrem i zagotowałam. Mąkę ziemniaczaną rozmieszałam w wodzie i ciągle mieszając wlałam powolutku do gotujących się porzeczek. Pogotowałam jeszcze chwilę, aż sos wyraźnie zaczął gęstnieć i jeszcze ciepłym, choć już nie gorącym polałam wyjęte z filiżanek galaretki.

S m a c z n e g o ! 

PS. A Psotka wygląda tak . . . 




Wcale nie, że groźna, tylko ziewająca. Z nudów zapewne, bo te gupie człowieki takie przewidywalne . . . dobrze, że chociaż drapać potrafią . . .


piątek, 10 sierpnia 2012

Urodziwe Ciasto. Z czerwoną porzeczką.

Kontynuując wycieczkę po naszych lokalnych sadach i ogrodach, tym razem wybrałam czerwone porzeczki. Kompletnie już chyba zapomniane, kiedyś niezwykle popularne, wręcz codzienne. Porządnie kwaśne, bardzo soczyste, wyjątkowo piękne w kolorze jak małe rubiny. 
To właśnie owa porzeczkowa uroda sprawiła, że tworząc to ciasto, myślałam głównie . . . oczami. Chciałam klasycznego doboru kolorów - głęboka, świetlista czerwień porzeczek, a do niej czerń i biel. Bez czekolady, bo tę zarezerwowałam dla wiśni. 




Sernik z porzeczkami już był. Więc idealnie podpasowało mi kruche ciasto z dodatkiem kakao. I jakaś biała masa.
Krem? Nie, śmietanowy krem wykorzystałam już przy czarnej porzeczce . . . i w tym momencie włączyło mi się wspomnienie z dzieciństwa. Muszę się przyznać do pewnej słabości; uwielbiam kaszkę mannę, taką ugotowaną na słodko, koniecznie na mleku i oblaną sokiem . . . mniam! No i przypomniałam sobie, że gdzieś pośród maminych karteczek z przepisami, jest taki na kryzysowy sernik,  którym ser zastępuje właśnie masa z kaszki mannej. I tak narodziło się bardzo urodziwe ciasto.


U R O D Z I W E     C I A S T O 
P O R Z E C Z K O W E



Składniki na ciemne ciasto:


  • 2 1/2 szklanki mąki
  • 1 1/3 szklanki cukru
  • 2 budynie czekoladowe
  • 20 dag masła
  • 5 żółtek
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • 1 łyżeczka soku z cytryny


Wykonanie ciemnego ciasta:

Masło utarłam z cukrem na puszystą masę i pojedynczo dodawałam żółtka. Następnie zmieszałam ze sobą wszystkie sypkie składniki (mąkę, budynie, sól i zneutralizowany sokiem z cytryny proszek do pieczenia) i nadal miksując dodawałam je po 1 łyżce do masy maślano-jajecznej. Gotowe ciasto (trochę przypomina kruszonkę, ale nie trzeba już zagniatać go na gładko) podzieliłam na 2 części, 1 schowałam do zamrażalnika, drugą wylepiłam spód dużej, kwadratowej blaszki (wcześniej jak zwykle, blaszke natłuściłam i wysypaqłam tartą bułką), ponakłuwałam widelcem i wstawiłam do lodówki. 




Składniki na masę z kaszki manny:


  • 5 białek
  • 1 1/2 szklanki cukru
  • 1/2 l gęstej, kwaśnej śmietany
  • 1 opakowanie budyniu waniliowego
  • 12 dag kaszki manny
  • 1/2 kg obranych, czerwonych porzeczek
  • szczypta soli


Wykonanie:

Białka z solą ubiłam na sztywno jak na bezy, pod koniec ubijania stopniowo dosypując cukier i dalej ubijając, aż cukier całkiem się rozpuści. Ubite białka zmieszałam ze śmietaną (już przy użyciu drewnianej łyżki, a nie miksera!), a następnie dosypałam budyń i kaszkę. 
Gotową kaszkę wylałam na wyjęte z lodówki ciasto i obsypałam porzeczkami, a na wierzch pokruszyłam ciasto wyjęte z zamrażalnika.
Ze względu na specyfikę mojego piekarnika, piekłam około 90 minut w 140 stopniach. W normalnych piekarnikach, myślę, że można je piec bardziej standardowo - około godziny w 180 stopniach.

S m a c z n e g o !


wtorek, 7 sierpnia 2012

Ciasto "Agatka". Z czarną porzeczką.

Czas na kolejne ciasto z letnimi owocami. Tym razem w roli głównej wystąpił czarna porzeczka. Tak, tak, czarna porzeczka. Owoc chyba dość lubiany i wciąż popularny. W formie soku i konfitur. Czasem w formie nalewki znanej jako likier casis. To z jej właśnie powodu ciasto miało początkowo nosić szumne imię "Creme de casis". Ale nie nosi. 

Po pierwsze dlatego, że język francuski jest mi obcy. Po drugie, bo nie lubię kuchni szumnej i snobistycznej. A po trzecie dlatego, że ciastem najbardziej zachwyciła się właśnie Agatka. Zaskoczona użyciem w cieście czarnej porzeczki natychmiast zażądała przepisu. No to ma. 


A G A T K A



Składniki na kruche ciasto:

  • 20 dag mąki pszennej
  • 5 dag mąki ziemniaczanej
  • 15 dag masła
  • 3/4 szklanki cukru
  • 1 jajko
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 2 łyżki gęstej, kwaśnej śmietany

Wykonanie kruchego ciasta:



Obie mąki zmieszałam z cukrem i proszkiem do pieczenia, dodałam roztopione i ostudzone masło, jajko, śmietanę i zmiksowałam. Powstałym ciastem wylepiłam natłuszczoną i wysypaną bułką tartą blaszkę i lekko podziurawiłam widelcem, a następnie wstawiłam blachę do lodówki na 30 minut. Następnie piekłam około 30 minut w 200 stopniach. 

Składniki na kisiel porzeczkowy:
  • 1 kg czarnej porzeczki
  • 1/2 szklanki cukru
  • 3/4 szklanki zimnej wody
  • 3 łyżki mąki ziemniaczanej

Wykonanie kiślu porzeczkowego:



Do dużego garnka wlałam 1/4 szklanki wody, wsypałam porzeczki i cukier. W reszcie zimnej wody rozmieszałam mąkę ziemniaczaną i ciągle mieszając powoli wlałam do gotujących się porzeczek. Jeszcze raz zagotowałam ciągle mieszając i wystudziłam. 

Składniki na galaretkę maślankową
  • 700 ml maślanki
  • 300 ml śmietany 30%
  • 3 łyżki cukru pudru
  • 1 tabliczka startej, gorzkiej czekolady
  • 9 łyżeczek żelatyny
  • 100 ml wody

Wykonanie galaretki maślankowej

Maślankę zmieszałam ze startą czekoladą. Śmietanę ubiłam z cukrem pudrem. Żelatynę rozpuściłam w ciepłej wodzie i wąskim strumieniem wlewałam do ubijanej wciąż śmietany, a na koniec domieszałam maślankę z czekoladą.



Wykończenie ciasta:

Na wystudzone ciasto wyłożyłam kisiel porzeczkowy i zalałam galaretką maślankową. Zostawiłam na noc w lodówce.

S m a c z n e g o !