środa, 13 października 2010

Improwizacja rybno-brokułowa

Czyli obiad, który zaczął się od tego, że w domu nic nie było. Na zakupy się iść nie chciało, wiec trzeba było trochę potworzyć z żelaznego  repertuaru produktów. Pierwszy krok to otworzenie zamrażalnika, bo zwykle coś w nim jest, pierś z kurczaka albo parówki, albo ryba, albo mielone. Tym razem była ryba. Morszczuk. I proszę mi tu nie kręcić nosami - ja lubię. Nie przepdama za łososiem, panga  i sola nie mają dla mnie smaku. A morszczuka i dorsza mogę pochłaniać na tony. Trochę inaczej to wygląda nad morzem, gdzie kupuje się rybkę prosto z kutra,  ale zimą tylko morszczuk i dorsz. 

Skoro był morszczuk, to się uspokoiłam. Baza, znaczy się, jest. Ruszyłam na poszukiwania wypełniacza: - ryżu-brak, kaszy-brak, ziemniaków-brak, pieczywa-brak, makaronu-brak . . . o, Matko! Dobra, ryżu w ogródku w 2 godziny nie wyhoduję, ale pieczywo mogę wykombinować. Mąki? Są, no to damy radę. 

No i lodówka . . . brokuł - bo wczoraj do zupy kupiliśmy oboje, cytryna - bo zimno, cebula jak zwykle, śmietana i jogurt - jak zwykle. No i obiad był. A zaczęłam od bułeczek. Skoro wypadło jakoś tak upiornie zdrowo, na rybę z warzywami, to i pieczywko musiało się dopasować (no, dobra - zwykłej, białej pszennej mąki też nie było i proszę się nie śmiać - robię właśnie prace zlecone i nie mam czasu na bieganie po sklepach, skoro w domu jeszcze coś jest). I tak właśnie powstały:



A b s o l u t n i e    Z d r o w e     B u ł e c z k i
(razem z procesem myślowym)

Składniki:

Zwykle na porcję 6-8 bułek (zależnie od wielkości) trzeba jakieś 1/2 kg mąki, połowę tej ilości płynu i opakowanie drożdży instant. Można zrobić dodatek jajeczny lub tłuszczowy, ale przecież nie do razowców. Tak generalnie wygląda ciasto-baza. Jeśli mąka jest twardsza, trzeba proporcjonalnie zmniejszać jej ilość zwiększając ilość płynu. U mnie obliczenia wyszły tak: 

1 kubek mleka
(kubki mam trochę większe niż szklanki, powiedzmy, że ok.300ml)
25 dag mąki pszennej razowej,
15 dag mąki żytniej
Zwykle na taką porcje potrzeba łyżeczkę soli, ale przy braku mąki pszennej, albo wysokiej zawartości innej, mocniejszej mąki warto pokusić się jeszcze o cukier.
1,5 łyżeczki soli
1,5 łyżeczki cukru
10 g świeżych drożdży (Nie używam drożdży instant, bo są dla mnie sztuczne, w przeciwieństwie do świeżych, które są żywym organizmem. Opakowanie drożdży instant to 7g - przy przekładaniu tego na drożdże świeże wagę produktu trzeba podwoić. Wychodziłoby więc 14 g. Ale ja wolę po prostu, żeby ciasto troszkę dłużej rosło, a mniej smakowało drożdżami. No i 10 g łatwiej odciąć "na oko" niż 14 g . . . 

Wykonanie:

U mnie wszystko co drożdżowe, zaczyna się od zaczynu. Drożdże muszą coś zjeść, żeby mieć siłę do spulchniania moich wypieków. Zaczynam więc od podgrzania mleka z cukrem, do ciepłego wkruszam drożdże, mieszam, zasypuję odrobiną mąki, przykrywam lnianą ściereczką i odstawiam na kwadrans. 

Do robota wsypuję mąki i sól, wlewam zaczyn i wyrabiam 2 minuty na programie do ciasta drożdżowego. A później odstawiam na godzinkę do wyrośnięcia. Formuję okrągłe bułeczki, układam na blasze, obsypuję mąką (do razowców jakoś mi glazura nie pasuje) i daję im jeszcze 45 minut. Drugie rośnięcie musi być krótsze od pierwszego przynajmniej o kwadrans, żeby pieczywo nie miało zbyt grubej skórki. Przy białym pieczywie wystarczyłoby 45 i 20 minut. 

Po tym czasie w każdej bułeczce robię drewnianym patyczkiem "przedziałek" i wstawiam do zimnego piekarnika. Piecze się to 25 minut, rozpędzając piekarnik na najwyższe obroty. 

Dobra bułki są, a ja w przerwach między czynnościami, które zajmowały mi po 2 minuty miałam ponad 2 godziny przerwy na pracę. Wycieczka do sklepu byłaby bardziej kłopotliwa czasowo. Bardzo zadowolona z siebie mogłam kombinować dalej. Brokuł już mi się ugotował (zapomniałam napisać, że wcześniej wrzuciłam go do garnka z odrobiną soli i cukru, podzielonego na różyczki). Odcedziłam go niezbyt dokładnie, dorzuciłam posiekaną cebulkę i zostawiłam, żeby się trochę poddusiło. Do podduszonego wlałam cały kubeczek śmietany 18% (może być jogurt, ale ja ma w domu mężczyznę do wykarmienia - ryba, brokuł i ciemne pieczywo to już i tak poświęcenie z jego strony. No i ze śmietaną jest lepsza konsystencja.) Doprawiłam (głównie czosnkiem), zamieszałam i jest sos. 


Wystarczyło już tylko usmażyć rybę, ale o tym chyba pisać nie muszę. Zamrożoną sypię solą, na odczepnego panieruję w bułce (bez jajka) i wrzucam na gorący tłuszcz. Przyprawy jakie kto lubi, mnie wystarcza plasterek cytryny. 
Jeśli ktoś chce zrobić coś ultra, maniacko zdrowo i dietetycznie, oprócz jogurtu w sosie można rybę ugotować na parze, albo zgrillować, choćby i w kuchence mikrofalowej. Albo upiec w piekarniku. Ale nie ma nic lepszego niż ryba na masełku, bez przesady.  
Bez bicia się przyznaję, że wszystkie moje improwizacje wyglądają na ogół bardzo podobnie. 

S m a c z n e g o!

wtorek, 12 października 2010

WP#88 przedstawia: Pogacze Maślane

To drugie podejście do wytrawnych, węgierskich ciasteczek. Ten przepis jest znacznie lepszy od poprzedniego, tym razem, na upartego, można już nawet mówić  bułeczkach. No i trochę przepis zmodyfikowałam. Stwierdziłam, że skoro tak doskonale pasują mi do wina, to można spróbować je trochę sfrancuzczyć.
Zdecydowałam się na dodatek sera pleśniowego i ziół prowansalskich. Dla zachowania węgierskiego charakteru w przepisie pojawiła się też sproszkowana papryka. 

Przypominam, że pogacze to wypiek z Weekendowej Piekarni którą w tym tygodniu prowadziła Natalia z Kuchennej Szkoły Przetrwania.

Jeszcze jedna uwaga. Wiem, że w większości domów masło zastępuje się margaryną do pieczenia. W ciastkach kruchych i zbliżonych do francuskich, po prostu nie wolno tego robić. Masło to kwintesencja smaku tego przepisu. 

P o g a c z e    m a ś l a n e    z    p a p r y k ą    i    s e r e m 




Składniki:

1 łyżeczka sproszkowanej, słodkiej papryki
5 dag sera typu camembert
25 dag mąki
5 g świeżych drożdży
1 zółtko
1/2 kostki masła
szczypta soli
50 ml kwaśnej śmietany
1 łyżka letniego mleka,
białko na glazurę,
sproszkowana, słodka papryka i zioła prowansalskie do posypania
Wykonanie:

Drobno posiekałam ser. Pokruszone drożdże zasypałam cukrem, zalałam letnim mlekiem i odstawiłam na kwadrans do wyrośnięcia, a następnie wyrobiłam z resztą składników jak kruche ciasto. Rozwałkowałam ciasto w prostokąt, dwa krótsze brzegi zawinęłam do środka i złożyłam jak książkę. Uzyskany prostokącik zawinęłam w lnianą ściereczkę i wstawiłam na 20 minut do lodówki. Procedurę wałkowania i chłodzenia powtórzyłam czterokrotnie. 
Po ostatnim wałkowaniu wierzch ciasta ponacinałam w drobną krateczkę i kieliszkiem do wina o nieco mniejszym od szklanki obwodziw wycinałam drobne ciasteczka. Smarowałam białkiem, posypałam papryką i ziołami. Piekłam je 40 minut w 180 stopniach, ale wstawiałam do zimnego piekarnika, żeby ładniej rosły.
Z takiej połowy porcji wyszły mi 22 ciasteczka. 

S m a c z n e g o !

poniedziałek, 11 października 2010

Zabawa w hamburgera

Do zrobienia domowych hamburgerów zainspirowała mnie kilka tygodni temu Malwinna z Filozofii Smaku. W dużej mierze posłużyłam się właśnie Jej przepisem, wprowadzając niewielkie tylko modyfikacje. Przede wszystkim uznałam, że zamiast podawać hamburgery klasycznie, w bułce można je jak układankę wykorzystać do towarzyskiej zabawy przy stole. Wszystkie elementy podałam więc osobno pozwalając gościom na tworzenie dowolnych zestawień. 


Zaczęłam, oczywiście, od upieczenia bułeczek. Polecam je z czystym sumieniem, bo są naprawdę fantastyczne. Rosną jak złoto, a do tego wychodzą leciutkie, puchate i nie ciągną się jak te kupne, więc znacznie łatwiej się je zjada. 

B u ł e c z k i    H a m b u r g e r ó w k i

Składniki (na 8 bułeczek):
3/4 szklanki mleka
2 łyżki oleju słonecznikowego
(w oryginale było tu roztopione, ostudzone masło, ale zastąpienie go olejem to moja stara sztuczka w przypadku wypieków drożdżowych, która znacząco przedłuża ich świeżość)
1,5 łyżki cukru
3/4 łyżeczki soli
10 g świeżych drożdży
(w oryginale 1 łyżeczka , czyli około 5g drożdży instant, ale unikam chemii)
1 jajko
2,5 szklanki mąki
1 jajko i 1 łyżka mleka na glazurę
sezam do posypania bułek



Wykonanie: 

Mleko podgrzałam z cukrem i olejem. Wkruszyłam drożdże, rozmieszałam, zasypałam odrobiną mąki i odstawiłam na kwadrans, żeby drożdże zaczęły pracować. 
Dodałam jajko, sól, połowę mąki i wyrabiałam dwie minuty w robocie na programie do ciasta drożdżowego. Wsypałam resztę mąki i wyrabiałam jeszcze minutę. 
Przykryłam miskę lnianą ściereczkę i odstawiłam na 45 minut w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Po tym czasie uformowałam z ciasta 8 bułeczek, które dość mocno spłaszczyłam dłonią. Ułożyłam na natłuszczonej blasze i odstawiłam na kolejne 45 minut.
Po tym czasie posmarowałam glazurą z jajk i mleka, posypałam sezamem i wstawiłam do piekarnika. Piekłam je w 200 stopniach około 20 minut.


Kolejny krok to, oczywiście, hamburgery. I tu zmian wprowadziłam najwięcej. Przede wszystkim wybrałam wariant nieco droższy, ale odrobinę prawdziwszy i zdrowszy. Mięso wołowo-wieprzowe zamieniłam na tatara. Oryginalne hamburgery robione są, moim zdaniem z wołowiny, a ponadto najchudsza wołowina to lepszy wybór i smakowo, i ze względu na zawartość cholesterolu. Ponadto nie wszyscy w naszym domu lubią kminek, zastąpiłam go więc czosnkiem. No i podwoiłam ilość mięsa - z doświadczenia wiem, że pozbawione otoczki mąki strasznie się kurczy na patelni, a przecież nie można mięsa w bułce szukać pod mikroskopem. Dodałam jeszcze szypiorek i ser.
H a m b u r g e r y

Składniki:

1 kg chudej, mielonej wołowiny (użyłam tatara)
3 łyżki ostrej musztardy (podobnie jak Malwinna użyłam rosyjskiej)
sól, pieprz, sproszkowana słodka papryka
posiekany czosnek i szczypiorek
8 plastrów sera tostowego



Wykonanie:

Mięso wyrobiłam z wszystkim dodatkami i uformowałam z niego 8 ogromych, okrągłych, bardzo płaskich kotletów. Smażyłam na bardzo gorącym tłuszczu około 10 minut z każdej strony. Najlepiej byłoby zgrillować, ale akurat teraz grill w mojej mikrofali odmówił posłuszeństwa, a na taki ogrodowy już trochę za zimno. Natomiast specjalnej płyty do smażenie hamburgerów po prostu nie posiadam. 
Na ostatnią minutę smażenia na każdym kotlecie położyłam porwany na kawałki (żeby nie ściekał) plaster sera tostowego i przykryłam patelnię, żeby ser sie stopił. 



Zostały już tylko dodatki. Na stół powędrował ketchup, majonez, musztarda. I talerz z sałatą, plastrami pomidora i kiszonego ogórka oraz posiekaną cebulką. Tak jak pisałam, najlepszy smak każdy kombinował sobie sam i okazało się to doskonałym pomysłem, bo dostarczyło dodatkowo świetnej zabawy. I wszystko zniknęło.


S m a c z n e g o !

niedziela, 10 października 2010

WP#88 przedstawia: Serowe Pogacze

Tym razem Weekendowa Piekarnia pod wodzą Natalii z Kuchennej Szkoły Przetrwania nieźle mnie zaskoczyła. Nie zaproponowano ani chleba, ani bułeczek. Były za to kruche, wytrawne, wielowarstwowe ciasteczka do piwa lub wina. Kto bywał w winiarniach Europy południowej, zna je pewnie doskonale.
Z dwóch propozycji wybrałam wersję serową, bo ser mogę jadać w każdej postaci. A ponadto miałam akurat pod ręką lekką nadwyżkę kremowego, domowego twarożku. Choć wyszło nietypowo, to jednak bardzo smacznie. Upiekłam je z połowy porcji, całkiem niepotrzebnie - zniknęły w ciągu kwadransa. I, rzeczywiście, cudownie wchodzą pod wino. 

P o g a c z e    S e r o w e



Składniki (na 10 ciasteczek):

15 dag kremowego twarożku
15 dag mąki
15 dag masła
2,5 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli

Wykonanie:

Przesianą mąke wymieszałam z proszkiem do pieczenia (proszek wcześniej zneutralizowałam sokiem z cytryny, tak jak opisywałam to już wcześniej). Zagniotłam z resztą składników jak kruche ciasto, zawinęłam w woreczek i wsadziłam na 2 godziny do lodówki. Trochę się kleiło, ale uznałam, że tak ma być. 
I zaczęła się zabawa z wałkowaniem, bardzo zbliżona do wałkowania ciasta francuskiego, tylko już bez masła. Ciasto należy rozwałkować w prostokąt i złożyć tak, jakby zamykano okno, czyli krótsze boki złożyć do środka, żeby zetknęły się ze sobą. Następnie całość złożyć na pół jak książkę, właśnie wzdłuż linii tych stykających się końców. Powtórzyłam całą procedurę pięciokrotnie.
Kolejnym krokiem jest ozdobne ponacinanie wierzchniej warstwy ciasta w krateczkę o boku 1 cm. Dalej wycięłam szklanką 10 kółeczek. Ułożyłam na blasze i piekłam 35 minut w 180 stopniach. 



Natalia znalazła przepis na te ciasteczka w książce o kuchni węgierskiej. Aż mnie kusiło, żeby dodać do nich trochę czuszki albo czosnku, tym razem jednak się powstrzymałam. Tym razem, bo dodatki w pogaczach są całkowicie naturalne. Na Bałkanach nadziewają je tak, jak my pierogi - kapustą, tłuszczem zwierzęcym. A mnie kusi ostra papryka . . .

Może spróbuję tego dodatku w tej drugiej, maślano-drożdżowej wersji ? Niby kruche ciasteczka niewielka sztuka, ale jako początkująca postaram sie być pilna i upiec obie propozycje. 

No i koniecznie muszę kupić tokaj. Albo chociaż porządny miód pitny.

S m a c z n e g o !

sobota, 9 października 2010

Pożegnalne Muffinki

No może nie do końca muffinki. Może raczej "Pożegnalne Babeczki". A wszystko przez moje ciągoty do kuchni retro. Zbuntowałam się przeciwko amerykańskości i zamiast w pilotkach upiekłam je w takich staroświeckich, metalowych foremkach do kruchych babeczek, które należały jeszcze do mojej Babci. 



A pożegnalne, bo chciałam się jakoś sympatycznie pożegnać z załogą Szklanego Wieżowca. No i w ramach pożegnania zaniosłam im babeczki na osłodę szczurzego, korporacyjnego życia. Przepis pożyczyłam sobie od Dorotus z blogu Moje Wypieki . Podpasował mi tematycznie. Muffinki kawowo-czekoladowe, lekko piekielne w kolorze i bez przesadnej słodyczy, a w dodatku w Szklanym Wieżowcu kawę piło się na hektolitry. Oryginalnie nazywają się inaczej, ale mieszanka kawy i czekolady aż się prosi o nazwę:

B a b e c z k i    M o c c a


Składniki:

1/2 kostki miękkiego masła
125 g cukru (w oryginale Muscovado)
2 jajka
125 g mąki
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżka kakao
1 łyżka mielonej kawy naturalnej (w oryginale espresso w proszku)
50 g gorzkiej czekolady ( u mnie wedlowska "Jedyna")
1-2 łyżki mleka (jedna wystarczyła w zupełności)

Wykonanie: 

Z racji utrudnienia sobie roboty metalowymi foremkami, zaczęłam właśnie od nich. Wymagają solidnego natłuszczenia i wysypania bułką tartą, co trochę przy takich drobiazgach jednak trwa.
Utarłam mikserem masło z cukrem, aż na puszysty krem. Taki puch zmiksowałam z jajkami. Zmieszałam ze sobą wszystko "sypkie" czyli mąkę, kakao, kawę, sodę i proszek i ciągle miksując stopniowo dodawałam do masy maślano-jajecznej.Na końcu dorzuciłam roztopioną w mikrofali czekoladę i jeszcze raz przemieszałam mikserem. I właściwie tyle. Ponieważ pięknie rosną, wyszło mi z takiej porcji nie 12, a 20 babeczek. 
Piekłam w 200 stopniach metodą "do suchego patyczka". 
Jeszcze gorące babeczki wyjmowałam z foremek natychmiast po wyjęciu ich z piekarnika. A po ostygnięciu smarowałam gęstą polewą zrobioną z tabliczki gorzkiej czekolady z dodatkiem odrobiny masła i łyżką kawy. Na wierzchu układałam białą chmurkę z płatków migdałowych.  


Babeczki są prawie doskonałe - mieciutkie, niesłychanie puszyste. Ale przecież nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie pozmieniała. Natchnieniem okazała się moja Mama, która akurat opowiadała, że właśnie jadła gdzieś muffinki z jabłkami. A ponieważ to czas szarlotek, natychmiast na bazie tego samego przepisu skomponowałam sobie:

C y n a m o n o w e    B a b e c z k i    z    J a b ł k i e m

Składniki: 

1/2 kostki miękkiego masła,
125 g cukru
125 g mąki
2 jajka
1 łyżeczka cynamonu
po 1/2 łyżeczki sody i proszku do pieczenia
2 jabłka drobno posiekane i podsmażone z cukrem i cynamonem jak do szarlotki



Wykonanie:

Praktycznie dokładnie tak jak w przepisie powyżej. Masło utarłam z cukrem, dodałam jajka, a potem do masy maślano-jajecznej stopniowo wszystko sypkie. 
Najpierw wypełniłam babeczki (tym razem wyszły 24) połową ciasta, do każdej foremki nałożyłam po łyżeczce jabłek i zalałam resztą ciasta. 
Piekłam tak samo. Wierzch dekorowałam lukrem ukręconym z cukru pudru i soku cytrynowego. 

PS. A propos cytryny . . . kiedyś koleżanka zdradziła mi świetny sposób na zniwelowanie smaku proszku do pieczenia, który niektórych trochę drażni. Przed dodaniem do ciasta wystarczy skropić go sokiem z cytryny. Spieni się od razu i w żołądku już nie musuje. W rośnięciu ciasta to nie przeszkadza, a działa - wypróbowałam.

S m a c z n e g o !

czwartek, 7 października 2010

Ostatnie tchnienie lata

Złota jesień już powoli odchodzi. Moja spiżarnia coraz bardziej pęka w szwach. Półki uginają się od słoiczków z truskawkami, wiśniami, śliwkami, pomidorami, ogórkami, grzybami, fasolką i papryką w tysiącu wersji. Przede mną jeszcze dynia, jabłka, gruszki, buraczki . . . ale o przetworach będzie innym razem. Wspominam o tym właściwie tylko dlatego, żeby wytłumaczyć, skąd ostatnio ten okropny czasowy deficyt. Po prostu tonę w słoikach i słoiczkach. Oczywiście, z ogromną przyjemnością. 

A jednak znalazłam wczoraj dłuższą chwilę na obiad, który każdej jesieni musi choć raz pojawić się na naszym stole. Praco - (a właściwie czaso - ) chłonny, bardzo tradycyjny, ale absolutnie wart zachodu jako wspomnienie z Babcinej Kuchni. Zwykle zaczyna u nas lato w wersji z truskawkami i kończy ze śliwkami. Knedle.

Oczywiście, nazwa nieco myląca. Czesi jako knedel rozumieją zupełnie inną potrawę (też kiedyś podam przepis na prawdziwe, czeskie knedle). Ale w Polsce oznacza to miękką, ziemniaczaną pyzę z nadzieniem. Można ją nadziewać mięsem, grzybami i kapustą. Ale granice lata wyznaczają wersje słodkie z sezonowymi owocami. U nas w domu zjada się je posypane cukrem i polane śmietanką. Kaloryczne, ale pyszne!



K n e d l e    z e    ś l i w k a m i

Składniki:

1/2 kg ziemniaków
1/2 kg mąki
2 jajka
1/2 kg śliwek węgierek

Wykonanie:

Ziemniaki obieram i gotuję, zupełnie tak samo jak na obiad. A później trzeba je dokładnie wystudzić, więc najlepiej zająć sie tym rano. Zimne ziemniaki przepuszczam przez maszynkę do mielenia mięsa, a później zagniatam na gładkie ciasto z mąką i jajkami.Zwykle trzeba jeszcze podsypać mąką, bo ciasta bardzo się klei, ale ostrożnie - im mniej mąki tym ciasto będzie bardziej miękkie i puszyste.
Śliwki pestkuję i dzielę na połówki.
Z ciasta odrywam kawałeczki, rozpłaszczam na dłoni. Na każdym kawałku ciasta układam połówkę, albo ćwiartkę śliwki, zlepiam jak pieruk i kulam w dłoniach, żeby uformować kulkę.
W wielkim garnku gotuję osoloną wodę, wrzucam kulki na wrzątek (osobiście lubię robić takie ogromne kule, więc gotowanie idzie na trzy porcje), mieszam i gotuję do wypłynięcia. A później jeszcze około 10 minut, ale czas zależy tu głównie od wielkości knedli. 
Gorące wykładam na talerze. Śmietankę i cukier każdy porcjuje sobie sam. 

S m a c z n e g o !

środa, 6 października 2010

Chlebek cytrynowy WP#87

Żeby obowiązkom stało się zadość: Weekendową Piekarnię #87 prowadziła Magda z bloga Vege Świat. 

Do przepisu podchodziłam dwukrotnie. Z oryginalnego przepisu chlebek wyszedł ogromny i . . . bardzo płaski, zdecydowałam się więc na poprawkę. Był bardzo dobry, ale nie idealny. Myślę, że winna była hydracja. Ciasto było po prostu zbyt luźne, żeby uformować ładny bochenek, mimo trzymania go w formie. Za to, rzeczywiście pulchniutki, z fantastyczną, chrupiącą skórką i niezwykle aromatyczny.

C h l e b e k    c y t r y n o w y  - podejście I

Składniki:

2,5 dag drożdży
500 ml wody
2 łyżki oliwy z oliwek 
20 g miodu
260 g mąki pszennej pełnoziarnistej
480 g mąki pszennej (chlebowej)
1 łyżeczka soli
1 cieniutko pokrojona cytryna
sól morska



Wykonanie:

Rozkruszyłam drożdże i wymieszałam w ciepłej wodzie. Dodałam oliwę i miód. Wymieszałam z mąkami i wyrobiłam w robocie na programie do ciasta drożdżowego (2 min). Dodałam sól i wyrabiałam jeszcze 1 minutę. 

Odstawiłam na 40 minut do wyrośnięcia w długiej, natłuszczonej keksówce. W tym czasie wyszorowałam szczoteczką cytrynę i pokroiłam ją w plasterki. Nastawiłam piekarnik na grzanie do 225 stopni i wstawiłam do niego blachę, żeby też się nagrzała. 

Wyrośnięty chlebek przełożyłam na omączoną blachę i obłożyłam plasterkami cytryny, posypałam solą morską. Uchyliłam piekarnik, na gorącą blachę wylałam wielki kubas wody i w taką parę szybko wstawiłam chleb na kratkę nad poprzednią blachę. Piekłam trochę dłużej, niż w przepisie, bo z racji tendencji do przypalania od spodu, mój piekarnik wyposażony jest w wielką dachówkę, która bardzo wolno oddaje ciepło.  


Już mówię co mi nie pasowała. Po pierwsze kształt - chlebek powinien być wyższy, a nie rozłazić się wszerz. Zdecydowałam się więc zmniejszyć zawartość wody o 25% i nie ryzykować - wsadziłam go do pieca w tej keksówce, w której rósł. Jak na potrzeby naszej małej rodzinki, bochen był zbyt wielki, zdecydowałam się więc upiec go z połowy porcji, ale nie zmniejszyłam ilości soli. Żeby otrzymać nieco wyraźniejszy smak, użyłam mąki graham zamiast pszennej razowej. No i cytryna - z racji niskiego wzrostu, chleb trzeba było kroić w bardzo grube kromi i rozkrawać jak bułki. Z tego powodu trzeba było ściągać plastry cytryny, co nie było łatwe. Dlatego na wierzchu ułożyłam tylko dwa plasterki w ramach dekoracji, a z reszty cytryny zdjęłam skókę, posiekałam i posypałam bochenek. A oto przepis w całości. 


C h l e b e k    c y t r y n o w y - podejście II

Składniki:
10 g drożdży
3/4 szklanki wody
1 łyżka oleju słonecznikowego (mam jednak takie bardziej lokalne upodobania)
1 płaska łyżeczka miodu
13 dag mąki graham
24 dag mąki pszennej
1 czubata łyżeczka soli
2 plasterki cytryny
posiekana skórka z 1 cytryny



Wykonanie:

Przepis przepisem, a ja nie wierzę chlebom bez zaczynu, więc zaczęłam nieco inaczej. Podgrzałam lekko wodę z miodem, dolałam oleju i wkruszyłam do niej drożdże. Zasypałam leciutko mąką i dałam mu kwadrans na wyrośnięcie. 
W tym czasie do robota wsypałam obie mąki, wlałam wyrośnięty zaczyn i wyrabiałam 2 min na programie do ciasta drożdżowego. Wrzuciłam sól i wyrabiałam jeszcze minutę. 
Przełożyłam ciasto do natłuszczonej i wysypanej bułką tartą keksówki. Odstawiłam do wyrośnięcia na godzinę. 
Po tym czasie ułożyłam na wierzchu plasterki cytryny i obsypałam bochenek skórką cytrynową. 
Piekłam identycznie jak poprzednio. Podczas rośnięcia chleba do piekarnika, na dolny poziom wsadziłam blachę i rozpoczęłam nagrzewanie do 225 stopni. Na gorącą blachę wylałam olbrzymi kubas wody i na kratkę położoną poziom wyżej niż blacha z wodą, w gorącą parę wetknęłam moją keksówkę. Zmniejszyłam temeraturę do 175 stopni i piekłam 30 minut. Po tym czasie otworzyłam piekarni, wypuściłam parę i piekłam jeszcze dobre 20 minut. 
Tym razem wyszedł genialny chlebek! 





S m a c z n e g o !


wtorek, 28 września 2010

Dzień Jabłka

Tego właśnie było mi trzeba. Jabłko, w natłoku cytrusów owoc lekko zapomniany. Sama znam rodziny, w których jesienną porą, gdy stragany kipią od cudowności, w dzieciaki ładuje się banany. I dlatego, jako gorąca zwolenniczka sezonowości i jedzenia miejscowego, z olbrzymią ochotą przyłączam się do ogłoszonego przez Tatter na blogu Palce lizać! Dnia Jabłka.



Jabłko, którym już Ewa kusiła Adama, ma dla mnie charakter nieco retro. Kojarzy mi się z kuchnią Babci, z tym, co w niej najbardziej tradycyjne, najlepsze. I właśnie takich przepisów nieco retro (jak ja lubię to słowo!) poszukiwałam. A przy okazji miały być takie, których będzie mało na innych blogach. Tym sposobem odpadły mi najbardziej oczywiste chutneye, szarlotki, jabłeczniki, jabłka pieczone, jabłka w cieście francuskim, placuszki z jabłkami, kompoty i jabłka prażone do szarlotki. Przyjdzie jeszcze na nie czas. Są też takie, z którymi zwyczajnie nie zdążyłam, bo z racji retrocharakteru, wymagają kilku dni obróbki, więc się trochę spóźnią. Tym sposobem, na dzień jabłka proponuję:

K a s z a n k a    w    j a b ł k a c h

Sama tego nie tykam. Głównie z tej racji, że uparcie nie jadam wieprzowiny.  Ale męska część rodziny była zachwycona. Kaszanka bowiem, choć z gruntu polska i tania jak barszcz, z racji swej niedawnej popularności i etykietki "bieda jedzenia" (coś jak z tym "jedzcie dorsze, . . . ) została nieco zepchnięta na kuchenny margines. Choć ostatnio znów podbija podniebienia i w moim korporacyjno-warszawskim środowisku przeżywa swoisty renesans. Zupełnie jak smalec parę lat temu (a swoją drogą ciekawe, czy ktoś wpadnie na takie tradycyjności jak smalec z jabłkami, wątróbka z jabłkami albo kaczka z jabłkami?) I z tych właśnie względów do narzuconego sobie stylu retro podpasowała mi wyjątkowo. Przepis jest jednym z oryginalnych skarbów rodzinnych.

Składniki dla 2 osób:

60 dag dobrej kaszanki (ja mam to szczęście, że dysponuję taką "od chłopa")
2 cebule,
5 jabłek (najlepsze winne),
duuużo majeranku,
sól, pieprz, słodka papryka
tłuszcz do smażenia



Wykonanie:

Dobra kaszanka to znaczy świeża, ciemna, w naturalnym flaku i dobrze przyprawiona. Jeśli uda się dostać taką od chłopa, bez konserwantów, utrwalaczy i innej chemii, to już będzie bosko. Taką właśnie kaszankę kroję na plastry (w przypadku najpopularniejszej w formie kiełbaski to wystarczy), a potem jeszcze na ćwiartki (ja kupuję taką grubą, bardziej przypominającą salceson). 
Siekam sobie cebulkę, niespecjalnie drobno. Taką cebulkę wrzucam na kawałek tłusczu (stałego, nigdy oleju! Nie z powodu jakiegoś szczególnego świra - oleje osiągają znacznie wyższą temperaturę smażenia, która sprawia, że bogata w cukry cebula po prostu się pali!), zanim jeszcze sie roztopi i od razu solę, żeby cebula wzbogaciła smak potrawy własnym, przepysznym, lekko słodkawym sokiem. 
Gdy cebula się zeszkli, dorzucam do niej obrane, pokrojone w kostkę jabłko i kaszankę.Doprawiam papryką, majerankiem i pieprzem (mocno - kaszanka powinna być ostra). I smażę niespecjalnie długo, około 10 minut. Niestety, wymaga to stania nad patelnią - kaszanka ma tendencję do przypalania się. Później zostawiam ją tak na patelni, żeby się troszkę przestudziła.
W tym czasie obieram (w całości) pozostałe jabłka i drążę je, niezbyt mocno, bo żal mi jabłkowego miąższu na wydrążenie bardzo cieniutkich miseczek. Wnętrze jabłek wysypuję jeszcze majerankiem. A później do takich jabłkowych miseczek nakładam usmażoną kaszankę. Jak widać na zdjeciu, nakładam jej z górką. Resztą kaszanki wykładam naczynie żaroodporne, do którego wcześniej nalewam odrobinę wody i układam w nim jabłka. Dla lepszego efektu wizualnego można każde jabłko ustawić na krązku cebuli.
I do piekarnika. Piekę tak długo, żeby jabłka się upiekły. W gorącym piekarniku zajmuje to zwykle 40-45 minut.  

A na deser . . . 

J a b ł k o w a    z a p i e k a n k a    n a    s u c h a r a c h

Też bardzo klasyczna, bo bardzo przypominająca szarlotkę, choć pozwala uniknąć męczącego wyrabiania ciasta. Za to wyśmienicie realizuje kolejną z moich prywatnych manii. Uwielbiam takie słodycze, które pozwalają mi trochę oszukać własne sumienie. Niby cukier, niby śmitana, ale przecież jabłka . . . i suchary. Toż to przecież samo zdrowie! Przepis znalazłam w  poradniku "Przyjaciółki" z grudnia 2007 i, oczywiście, trochę go zmodyfikowałam do własnych celów. Wyszło fantastycznie! 



Składniki: 

1/2 opakowania słodkich sucharków
1 kg kwasnych jabłek (użyłam tradycyjnych antonówek)
15 dag cukru
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżka masła
75 ml rumu
sok z 1/2 cytryny
garść rodzynek
200 ml śmietanki 30% (tak, tak śmietanki, a nie śmietany)
1 łyżeczka żelatyny
3 łyżeczki cukru pudru
ćwiartka jabłka do dekoracji

Wykonanie:

Obrałam jabłka i pokroiłam w niezbyt drobną kostkę, wytrwale skrapiajć każde jabłko sokiem z cytryny. Wrzuciłam na patelnię z roztopionym masłem, dodałam cukier, rodzynki i cynamon. Zamieszałam i krótko przesmażyłam. Akurat tyle, żeby jabła zmiękły i puściły sok, ale się nie rozpadły. 
Najmniejszą posiadaną formę keksową (to nie jest ogromna porcja) dość ciasno wyłożyłam z każdej strony sucharkami (dno i boki). Odlałam sok z wysmazonych jabłek i zmieszałam z rumem. Polałam tym sucharki, dość mocno - powinny być absolutnie mięciutki i wilgotne. Warto polewać je łyżeczką od samej góry, tak by ta górna część, która będzie wystawać ponad jabłka, też została porządnie nawilżona. 
Do utworzonej w ten sposób sucharkowej foremki wyłożyłam usmażone jabłka, wygładzając i lekko dociskając ich powierzchnię. I upiekłam w 180 stopniach. Krótko - 30 minut od zimnego piekarnika w zupełności wystarczy. Dla purystów i zwolenników diet, taka wersja jest już wystarczająca.
Ale przecież nie dla mnie . . . Zapiekanka sobie stygła, a ja rozpuściłam żelatynę w kilku łyżkach gorącej wody i pozwoliłam jej wystygnąć na tyle, żeby się nie ściągnęła. Śmietankę (tym się różni od śmietany, że jest lekko ukwaszona i nie da sie ubić) przemiszałam mikserem z cukrem pudrem i wystudzoną żelatynę. Wstawiłam do lodówki, żeby zastygła i taką mocno już gęstą, łyżką wyłożyłam na szarlotkę. Poutykałam w niej jeszcze plasterki z pozostałej ćwiartki świeżego, nieobranego jabłka (do tego celu specjalnie kupiłam ciemną malinówkę, żeby było ładniej). I dla pewności co do konsystencji śmietanki wstawiłam jeszcze na godzinę do lodówki. 
Z formy się tego w całości wyjąć nie da, bo trochę sie rozpada, więc jeszcze w formie podzieliłam na porcje. Wyszło domowo i bardzo fajnie, a wyglądało tak: 




S m a c z n e g o    j a b ł k a !

poniedziałek, 27 września 2010

Ekspresowo-koperkowo

Czasem jest tak, że po prostu nie ma czasu. A jesć trzeba. Z okazji kulinarnej pasji i swoistej miłości do potraw niskoprzetworzonych, fast-foody nie wchodzą w grę. Pozostaje więc wypracować kilka potraw, które można zrobić w kwadrans. No, może w pół godziny. Nawet za cenę drobnego grzechu, np. parówek. 

Moja ekspresowa biblia polega na tym, żeby zzawsze mieć w lodówce kila rzeczy: śmietanę albo koncentrat pomidorowy. Parówki cielęce albo pierś z kurczaka w stanie zamrożonym. Ryż albo pełnoziarnisty makaron. I coś jeszcze: puszkę ananasa, puszkę groszku, cebulę, cukinię albo koperek. I to już wystarczy do dania na szybko. A to jeden z przykładów takiej ekspresowej kombinacji.

K o p e r k o w e    r i s o t to

Ani to naprawdę risotto, ani w 100% żywność niskoprzetworzona i absolutnie zdrowa. Ale z kupną bułą z niewiadomo czym jednak wygrywa, a przygotowanie trwa tyle, co dopchanie się do kasy w popularnych sieciówkach ze śmieciowym jedzeniem. I smakowo jest absolutnie zjadliwe.



Składniki dla dwóch osób:
4 parówki cielęce
1 kubek śmietany 12 lub 18%
1 pęczek koperku,
1 cebula
1 paczka ryżu,
1 kostka bulionu warzywnego,
sól, pieprz, magi
tłuszcz do smażenia

Wykonanie:
Woda do garnka, kostka bulionowa i ryż do wody i na ogień. Powinno się gotować około 20 minut i to wystarczy akurat, żeby wykonać resztę czynności. To ekspresowa metoda na przyzwoity smak - bulion sprawia, że nie trzeba już kombinować z solą, a ryżowy woreczek pozwala nie stać nad garnkiem z ryżem. Więc ryż gotuje się spokojnie. Obok nastawiam patelnię, na którą wrzucam kawałek margaryny (nigdy oleju, bo cebula się zwęgli - olej osiąga wyższą temperaturę smażenia, zabójczą dla bogatej w cukier cebuli!). Nad patelnią, na kompletnie zimny tłuszcz kroję cebulkę i od razu solę, żeby miała szansę puścić sok. Parówki kroję w plasterki i dorzucam do cebuli. Niech się smaży.
W tym czasie siekam sobie od razu koperek. Połowę zaraz po posiekaniu dorzucam do parówek z cebulką. Kiedy ryż dojdzie, wywalam go do zlewu pod bieżącą zimną wodę. Parówki zalewam śmietaną, mieszam trochę dla przyzwoitości, żeby się podgrzała. Rozcinam woreczek z ryżem, przerzucam do garnka, przelewam sos śmietanowy, dorzucam resztę koperku i mieszam. Próbuję czy nie trzeba doprawić. 

I to wystarczy. 

F i n i t o ! Smacznego wszystkim w ten szalony poniedziałek :)

niedziela, 26 września 2010

Capuccino nie tylko w filiżance

Przyszedł czas na wyznanie: Jestem kawoholiczką. I, w dodatku, to rodzinne. Miłość do kawy otrzymałam w genach. Do każdej kawy. Uważam, że to uzależnienie, bo według mnie, nie ma czegoś takiego jak zła kawa. Lubię nawet taką z sieciowego automatu. Linnym ubię każdą, choć mam, oczywiście, ulubione. Ale o kawie samej w sobie będzie razem. 

Dzisiaj o wyjątkowym cieście z kawową nutką. Bardzo wyraźną kawową nutką złagodzoną miękkością śmietanki. Wiem doskonale, że biszkopty z kremami capuccino są bardzo popularne. Widziałam setki takich przepisów. Ale zawsze piekę ten jeden. Bo jest idealny. Nie ma źródła w żadnej gazecie czy na internetowym forum. Pochodzi z Rodzinnej Skarbnicy Wiedzy. Z 15 lat temu wyszperała go gdzieś Ciocia B. Natychmiast został przechwycony przez moją Mamę i już z nami pozostał. Do dziś w niezmienionej formie.

B i s z k o p t    C a p u c c i n o

To właściwie trzy przepisy. Biszkopt i dwa kremy. Razem tworzą delikatną, leciutką, wbrew pozorom dość wytrawną całość. Przepis na biszkopt jest jeszcze starszy niż samo ciasto. Pochodzi jeszcze z panieńskich czasów mojej Mamy i stanowi bazę każdego tortu, który powstaje w naszym domu. Wymaga trochę uwagi, ale jest niesamowicie puszysty, rośnie jak stodoła, niesamowicie długo zachowuje świeżość i zawsze się udaje. A przy tym rośnie jak stodoła, spokojnie można go podzielić na trzy blaty. Do Capuccino piekę go zwykle z połowy porcji, ale przepis podaję w oryginale. 



Składniki na biszkopt: 
6 jajek
1/2 szklanki mąki
1 łyżka kartoflanki (obie mąki powinny dawać 3/4 szklanki)
1 szklanka cukru
1 łyżeczka proszku do pieczenia

Wykonanie:

Nie trzeba rozdzielać żółtek od białek. Wbijam je do miski w całości, wsypuję cukier i ubijam mikserem. Długo. Mają zamienić się w sztywną, białą pianę. Zwykle trwa to około 20 minut. I nie wolno oszukiwać. To właśnie jajeczna piana jest najważniejszym elementem tego ciasta. Nie jestem przesądna, majtam mikserem we wszystkie strony i nie ubijam go ręcznie. Za to z doświadczenia wiem, że ważne, żeby jajka nie były wyjęte prosto z lodówki, bo im zimniejsze, tym dłużej będą się ubijać. A piana powinna być naprawdę sztywna prawie jak na bezy. 
Obie mąki mieszam z proszkiem i rozdzielam ją sobie na 3-4 porcje. Pojedynczo, bardzo delikatnie wsypuję te porcyjki do piany jajecznej. Do mieszania nie wolno używać ani miksera, ani łyżki. Ten biszkopt wymaga delikatności i ciepła kobiecej ręki. Mieszam delikatnie, wolno zagarniając ciasto od dna. Bardzo ważne, żeby dokładnie rozmieszać miedzy palcami grudki mąki, przy czym piana jajeczna nie może opaść. 
Na koniec, dalej ostrożnie mieszając dolewam jeszcze 4-5 łyżek ciepłej wody.  
Przygotowuję tortownicę - biszkot jest naprawdę delikatny, wymaga więc natłuszczenia tortownicy i obsypania jej bułką tartą. Ostrożnie przelewam ciasto. Piecze się około 35-40 min w temperaturze 180 stopni. Podobnie jak drożdżowce biszkopt wkładam zawsze do zimnego piekarnika. Zostaje już tylko patrzeć jak rośnie. 
Pozwalam mu trochę wystygnąć, ale nie do końca. Wyjmuję z tortownicy i odstawiam do wystudzenia. Dla pełnego spokoju zwykle piekę go dzień przed przygotowaniem ciasta i zostawiam na noc. 
Biszkopt rozkrawam na blaty, albo nie. Do tego ciasta nie trzeba, dlatego piekę go z połowy (porcja na blachę), a nawet z 1/3 porcji (porcja na tortownicę). 
Ten biszkopt tego nie wymaga, bo jest wilgotny sam w sobie, ale torty lubią, gdy biszkopt zostanie czymś nasączony. Najczęściej, w zależności od smaku tortu, używam mocnej herbaty, kawy albo alkoholu. W tym wypadku - rumu.  

Następnego dnia przygotowuję kremy, znacznie już prostsze. Najważniejszy krem kawowy jest prostą wariacją popularnej masy budyniowej z dodatkiem kawy i rumu. 

Składniki na krem Capuccino:
1/2 l mleka
6 łyżek dobrej kawy capuccino, najlepiej o alkoholowym aromacie,
1/2 szklanki cukru
4 łyżki zwykłej, pszennej mąki
1 kostka masła lub margaryny
50 ml rumu 


Wykonanie:

Z przygotowanej porcji mleka odlewam sobie troszkę więcej niż pół szklanki, żeby mieć później do rozrobienia mleka. Resztę mleka gotuję z cukrem (cukier dodaję właśnie na tym etapie, żeby lepiej się rozpuścił pod wpływem temperatury), cały czas mieszając i takim wrzącym zaparzam kawę. W reszcie mleka rozpuszczam mąkę i powolutku wlewam do wrzącej kawy, mieszam trzymając na ogniu, aż utworzy się budyń. A później pozwalam mu wystgnąć. Do zimnego budyniu wmiksowywuję jeszcze masło i na samym końcu, rum.
Gotowy krem można już rozprowadzić na cieście. 


Czas na śmietankę . . . 


Składniki na śmietankę:


1/2 l kremówki (36% - na tym cieście nie warto oszczędzać)
2 łyżeczki żelatyny
mleko do namoczenia żelatyny (ok.1/3 szklanki)
(to nie jest przeoczenie - śmietanka do tego ciasta, podobnie jak do kawy, nie zawiera cukru!)


Wykonanie:


 W ciepłym mleku rozpuszczam żelatynę, trzeba ją będzie trochę wystudzić, żeby nie zważyła śmietany, ale nie do końca - całkowicie wystudzona za bardzo się ściągnie. Kremówkę, odwrotnie niż jajka, ubijam mocno schłodzoną. Na sztywno. Pod koniec ubijania dolewam żelatynę i nadal miksuję, żeby dobrze ją rozprowadzić. I chlup, na ciasto. 
Gdy robię to z Mamą, rozprowadzam ją równo i gładziutko. Sama wolę bardziej "nieuczesaną" wersję. 


Właściwie to już koniec. Wystarczy wstawić ciasto do lodówki na 3-4 godziny. Mamy już filiżankę (biszkopt), kawę (krem capuccino) i śmietankę. Ale ja lubię jeszcze dodać ostatni szlif . . . w dobrze zaparzonym cappuccino na wierzchu jest coś jeszcze. I tu wszystko zależy od fantazji wykonawcy: wiórki startej czekolady? cynamon? Mnie najbardziej smakuje wersja posypana pozostałą resztką kawy. 


S m a c z n e g o !

sobota, 25 września 2010

WP#86 przedstawia: Precle z makiem

W tym tygodniu w Weekendowej Piekarni dwie propozycje. Oliwka z blogu Cynamon i Oliwka zaproponowała Pan de Horiadaki z oliwkami i czarnuszką. Niestety to zakwasowiec, którego wciąż jeszcze się boję, choć kusi coraz bardziej. Przed nastawieniem zakwasu powstrzymał mnie już właściwie tylko fakt, że czarnuszka, czyli kminek kompletnie nie jest w naszym domu akceptowana. No i fakt, że miałam alternatywę. Wybrałam więc opcję drugą, czyli Precle z makiem

No nie wiem. Precle to nie do końca. Oryginalny pomysł był taki, żeby przewlec je za dziurki przez sznurek i tak sfotografować. Ale rosły jak szalone i o żadnych dziurkach mowy nie ma, więc o sznurku też. Wyszły raczej . . . bułeczki jak precle, ale za to wyśmienite. Starsza Wiedźma, czyli Moja Mama odkryła w nich na przykład smak . . . rogalików z dzieciństwa. 

W każdym razie, efekt, choć inny od zamierzonego, to naprawdę doskonały - lekko krucha skórka z mięciutkim wnętrzem. Pierwsza zniknęła mi z ręki zaniesiona przed męskie oblicze tylko do prezentacji - nic nie poradzę, faceci mają lepszy refleks, zniknęła w paszczęce zanim zdążyłam krzyknąć "Nieeeeee . . . !!!" No i na zdjęciu nie ma tej nieszczęsnej ofiary - cześć jej pamięci. Z resztą, pozostałe żyły dłużej o tyle, ile trwa zrobienie porządnej kawy i posmarowanie ich masłem. Trzy dorosłe osoby dały sobie z nimi radę w kwadrans i zażądały powtórki.

Zostają na stałe w domowym i stronkowym repertuarze. Oliwka znalazłą je u Ali z bloga Alicja w Kuchni. Zmiany własne, jak zwykle, podaję w nawiasach.

B u ł e c z k i   z   m a k i e m   jak   p r e c l e

Składniki:

20 dag mąki
24 g drożdży (u mnie jak zwykle, z lenistwa 2,5 dag)
50-55 g cukru (u mnie 5 dag i pi razy oko razy drzwi, w kuchni preferuję raczej fantazję niż zacięcie aptekarskie)
100 ml śmietany 12% (użyłam 18%, bo 12% akurat wyszła)
1 jajko i 1 żółtko
7 g miękkiego masła (po ludzku to jest tak - na kostce margaryny do pieczenia są zwykle zaznaczone podziałki co 50 g, użyłam mniej więcej 1/5 z takiej 1/5 czyli odrobinę więcej,, to znowu efekt mojej niechęci do przesadnej dokładności).
dodatkowo: 1 żółtko (użyłam pozostałego białka, bo obudziła się we mnie poznańska krew) rozbełtane z mlekiem i mak do posypania)


Wykonanie: 

Uważnie przeczytałam przepis i doszłam do wniosku, że . . . po prostu wyrobię całość jak kruche ciasto. Czyli wszystko na stole posiekałam i zagniotłam razem ze sobą. Podzieliłam sobie na 8 części, a każdą uformowałam w dość długi wałeczek. Uformowałam precelki, czyli końce wałeczków zagięłam do środk tak, by zetknęły się ze środkiem włeczka i przełożyłam przez siebie nwazajem. Pozostałe po żółtku białko energicznie zmieszałam z mlekiem za pomocą widelca, posmarowałam tym precelki i posypałam makiem. 

Rośnięciem też nie zawracałam sobie głowy - po prostu wsadziłam do zimnego piekarnika. No i z takiego właśnie ekspresowego niedbalstwa wyszedł prawdziwy cud. Wierzcie albo nie, ale precelki są przepyszne, co tylko potwierdza moją tezę, że w kuchni trzeba chcieć, a nie umieć :) Albo Wiedźmy mają łatwiej :) A jak się komuś nie podoba moje chadzanie na skróty, można upiec ortodoksyjnie. Nie zabraniam!

S m a c z n e g o ! 

A dziś o 17:00 oglądam siatkarzy. Trzymajcie kciuki!

piątek, 24 września 2010

Kolejny Debiut - tym razem Weekendowa Cukiernia :)

Co tu dużo mówić - spodobało mi się to grupowe pieczenie. We wrześniowej Weekendowej Cukierni króluje Bawarski Placek ze Śliwkami z przepisu Carmelliny z blogu Seventh Heaven. Ciasto wyszło rewelacyjne, zgodnie z moimi przewidywaniami. Już czytając przepis zachwyciła mnie jego prostota i . . . zapach. 
Bo smakuje świetnie, ale pachnie po prostu bosko! Cynamon, węgierki, migdały i mocne, zwarte ciasto - idealna propozycja na jesienny wieczór (i do diabła z kaloriami!). Prawie połowa zawartości blachy zniknęła od razu - moja wiedźmowa rodzinka ma talent do czaru znikania, szczególnie słodyczy. Własne modyfikacje (niewielkie) dodaję w nawiasach.



Bawarski Placek ze Śliwkami 
Weekendowa Cukiernia, wrzesień 2010

Składniki:

2 dag świeżych drożdży (dałam 2,5 bo łatwiej się dzieli)
200 ml letniego mleka (u mnie ciepłe, bo ładniej rośnie i przełożyłam to sobie dość swobodnie na niecałą szklankę)
40 dag mąki
szczypta soli
10 dag cukru + 1 łyżka
7,5 dag roztopionego masła (jak zwykle w takim wypadku użyłam oliwy, bo szybciej i przedłuża świeżość drożdżowców)
1,25 kg węgierek (u mnie 1,5 kg - nie zmuszałam ulubionej Pani na straganie do aptekarskiej dokładności)
5 dag posiekanych migdałów (użyłam płatków migdałowych w ilości "na oko)
1/2 łyżeczki cynamonu


Wykonanie:

Leciutko podgrzałam mleko rozpuszczając w nim cukier (to właśnie ta dodatkow łyżka), a następnie wkruszyłam drożdże, przykryłam lnianą ściereczką i pozwoliłam zaczynowi kwadransik popracować. Do robota wsypałam połowę mąki (20 dag), sól i 3/4 cukru. Wbiłam jajko, wlałam oliwę i dolałam rozczyn. A później robot wyrabiał sobie całość 2 min na programie do ciasta drożdżowego. 
Po tym czasie przerzuciłam ciasto do sporej miski i ręcznie już wyrobiłam z pozostałą resztą mąki. Konsystencja jest idealna, proporcje dodane znakomicie - wyszło zwarte, elastyczne, dość twarde ciasto. Nakryłam miskę znaną już lnianą ściereczką, postawiłam na nasłonecznionym parapecie (cieplutko dziś było) i zostawiłam na 30 minut do wyrośnięcia. 
Czasu wystarczyło akurat na obranie śliwek - wypestkowałam je i podzieliłam wzdłuż na ćwiarteczki. Wyłożyłam ciasto na stolnicę, trochę wyrobiłam, żeby się odpowietrzyło i rozwałkowałam do kształtu blachy, ale bez przesadnej dokładności. Lubię, gdy ciasto wygląda jak domowe. Przełożyłam na blachę, tak na wszelki wypadek jeszcze skórki śliwek delikatnie obtoczyłam w mące (Babciny sposób na to, żeby owoce nie topiły się w cieście), a ciasto posypałam troszke tartą bułką, żeby sok z pieczonych śliwek nie zafundował mi zakalca. Posypałam płatkami migdałowymi i do piekarnika! W moim przypadku - do zimnego. To też Babciny sposób na pomoc przy rośnięciu. Według oryginalnego przepisu powinno się piec 30 minut w 180 stopniach. Ja piekłam po prostu do patyczka, bo ten zimny piekarnik nie pozwala na dokładne podanie czasu.
Gdy patyczek wyszedł mi suchy, zmieszałam resztę cukru z cynamonem i sypnęłam tym na gorące ciasto. 
I wtedy się dopiero rozpachniło . . . ! 
Następnym razem (bo powtórzę je na pewno) wrzucę do ciasta całe 10 dag cukru, a posypię cukrem waniliowym z cynamonem.  





S m a c z n e g o !