środa, 15 grudnia 2010

WP#97 przedstawia: Bułki na Zakwasie

Jak córka marnotrawna znalazłam wreszcie czas, by powrócić do Weekendowej Piekarni w Jej 97 wydaniu, które prowadziła sama Tili. I razem z wszystkim upiekłam Bułki na zakwasie. Mnie smakowały, rodzince jakoś nie. Marudzili, że skórka twarda, że ciężkie. No, nie sądzę. Wzorcowo wyrosły, skórka z chrupaniem uginała się pod palcem. Skłaniam się więc ku teorii, że przywykli po prostu do kupnych gniotów. Albo do luksusowego, delikatnego, pełnego dziur pieczywa drożdżowego. No cóż. Powiedzmy tak: rewelacji nie było, ale wielbicielom zakwasu na pewno bardzo te bułeczki przypadną do gustu. Przepis cytuję za gospodynią. 


B u ł k i    n a    Z a k w a s i e
ok. 8 sztuk

Składniki:


150 g aktywnego zakwasu żytniego, dokarmionego 10-12 h wcześniej*
300 g mąki pszennej
100 g mąki orkiszowej (używam takiej z pełnego przemiału, może to być też mąka pszenna razowa) - ja użyłam grahama
170-200 g wody
2 łyżki oliwy
1 łyżeczka miodu
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka świeżych drożdży (lub suszonych)
2 łyżki pestek dyni (opcjonalnie)






Wykonanie: 


Zakwas wymieszać z wodą i drożdżami. Dodać oliwę, sól i miód i stopniowo wsypywać mąkę. Wyrobić gładkie ciasto, na końcu dodając pestki dyni. Ciasto przełożyć do miski wysmarowanej oliwą, przykryć ściereczką i odstawić do wyrastania na ok. godzinę. (U mnie rosły prawie 90 minut i może stąd ta twardawa skórka) Ciasto powinno podwoić objętość.
Kiedy ciasto jest wyrośnięte, delikatnie posmarować wnętrza dłoni oliwą i odrywając kawałki ciasta formować bułeczki. Bułeczki ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zostawiając między nimi ok. 4 cm odstępy. Piekarnik nagrzać do 230 st C. Wstawić bułeczki i piec ok. 12 minut - do zrumienienia. (Mnie piekły się znacznie dłużej, ale to wina kiepskiego piekarnika). Bułeczki dość znacznie rosną jeszcze w piekarniku. Po upieczeniu ostudzić na kuchennej kratce.

*zakwas, którego użyła Liska ma konsystencję gęstego jogurtu. Ilość wody w tym przepisie należy dostosować do gęstości ciasta - powinno być raczej luźne, ale łatwe do formowania. W żadnym razie nie może się rozpływać na boki.
Źródło: Liska w swojej Pracowni wypieków

Ach ... i taki dopisek ode mnie - można oczywiście pominąć drożdże - jak się ma czas :-D



 S m a c z n e g o ! 

A ze świątecznych przygotowań melduję, że ześwirowałam na punkcie robienia wszystkiego samemu. I sama wykonałam też kartki, które trafią do rodzinki oddzielonej setkami kilometrów. 

niedziela, 12 grudnia 2010

Trochę Inne Rurki z Kremem

To chyba taki czas, że wszystko mi się kojarzy. Do Świąt czasu coraz mniej, a ja widzę je już wszędzie. Wczorajsze bezy wyglądały jak ośnieżone góry, a na dzisiejszych zdjęciach mam nieco niższe i nieco mniej ośnieżone góry (powiedzmy jak Bieszczady do Tatr), gwiazdę i choinki. Święta w natarciu. 

Srebran Gwiazda albo  Komplet Foremek do Rurek

A tak naprawdę to tylko kwestia mojej, chyba nieco zwichrowanej psychiki, bo tak naprawdę na zdjęciach jest ciasto, foremki i jeszcze więcej foremek. A wszystko przez rurki, które są moim kolejnym pomysłem na wykorzystanie białek po pączkach. 
Co ciekawe to także kolejna z moich smakowych traum. Bo z najwcześniejszego dzieciństwa pamiętam te rurki nie jako cienki wafelek z bitą śmietaną (albo Śnieżką - sic!), ale jako grubaśne ciacho, z którego kipiał różowy krem. Wafli w domu nie upiekę, podróby z ciasta kruchego i francuskiego jakoś mnie nie zachwyciły. Postanowiłam więc poszukać sposobu na tę drugą wersję. 



Oczywiście, jak zwykle, Skarbnicą Wiedzy Wszelakiej okazała się Mama. Pamiętała ten cudowny twór: "Dziecko! A co to za problem - francuskie drożdżowe i masa ciepłe lody! Większy problem będziesz miała z foremkami".  I wiecie co? Mama, jak zwykle, miała rację. Przepisy znalazłam bez problemu i wyszły z tego cudowne rurki, ale foremek szukałam pół roku. Dla stołecznych hipermarketów i nawet najmniejszych sklepików z małym AGD te foremki okazały się zbyt dużym wyzwaniem. Dorwałam je w końcu na Bazarku przy Rondzie Wiatraczna i jak najprawdziwsza harpia wyrwałam sprzedawcy jedyne opakowanie. A szkoda, bo przydałyby się jeszcze ze dwa . . . 

D r o ż d ż o w e    R u r y    z    R ó ż o w y m    K r e m e m
Składniki:
(porcja na około 20 rurek)

Na ciasto:
30 dag mąki + 1 łyżka
100 ml mleka
2 dag świeżych drożdży
5 dag cukru + 1 łyżeczka
szczypta soli
2 jajka
5 dag roztopionego i przestudzonego masła

Przygotowane do pieczenia foremki wyglądają trochę jak zimowe świerki. 

Na dodatkowe zabiegi potrzeba jeszcze:
2 duże cukry waniliowe
20 dag zmrożonego masła
1 białko
mąka do podsypania

Wykonanie:

Leciutko podgrzewam mleko z łyżeczką cukru i do ciepłego wkruszam drożdże. Rozczyn zasypuję łyżką mąki i odstawiam na kwadrans, żeby drożdże się spieniły. 
Po tym czasie do robota wsypuję mąkę, sól, cukier. Wbijam jajka i dolewam zaczyn drożdżowy. Wyrabiam 2 minuty na programie do ciasta drożdżowego i odstawiam, żeby ciasto podwoiło swoją objętość. 
Wyrośnięte ciasto rozwałkowuję na blacie i przy użyciu tarki ścieram na nie 1/4 zmrożonego masła, posypuję 1/4 opakowania cukru waniliowego. Składam na 3 i ponownie rozwałkowuję. Powtarzam całą operację czterokrotnie. Po ostatnim wałkowaniu wstawiam na godzinę do lodówki. 

Tak wygląda przechowywane w lodówce ciasto na rurki. Albo zimowa panorama Bieszczad.

 Wyjęte ciasto ponownie rozwałkowuję i dzielę na 20-24 paski o szerokości max. 2 cm. Niepotrzebne od razu przesypuję mąką i chowam do lodówki, żeby się nie rozmiękło. Resztę nawijam skrętnie na natłuszczone i obsypane tartą bułką foremki. Układam na blasze, dokładnie smaruję białkiem i obficie posypuję cukrem waniliowym. I od razu do piekarnika. Piekę około 20 minut w 230 stopniach. Rurki trzeba zdejmować z blachy jeszcze gorące i natychmiast wyjmować z nich foremki.

Rurki tuż przed włożeniem do piekarnika.

 Tak przygotowane rurki rosną, ale tajemniczym sposobem pozostają chrupkie i w dodatku pięknie się rozwarstwiają. Co więcej nie są twarde i znacznie łatwiej nawinąć je na foremki niż tradycyjne kruche ciasto. Próbowałam kilkakrotnie zanim doszłam do pożądanego efektu, dlatego sądzę, że podany sposób na upieczenie rurek różni się nieco od powszechnego sposobu na francuskie ciasto drożdżowe, ale warto zastosować się do tych modyfikacji. 

A oto efekt.

Rurki jak to rurki, można je podać w tysiącu wersji. Z bitą śmietaną. Z kremem budyniowym. Z każdym innym kremem. Ale mnie przecież chodziło o wykorzystanie białek i stąd właśnie okazja do reaktywacji wspomnień z dzieciństwa czyli Masy Ciepłe Lody. 

M a s a    C i e p ł e    L o d y



Składniki: 

3 białka
1 1/2szklanki cukru
1 łyżka octu
1/2 szklanki wody
(lub soku, np. malinowego lub wiśniowego, jeśli krem ma wyjść różowy)

Wykonanie: 

Zaczynamy od ugotowania gęstego syropu z wody (lub soku), octu i cukru. Trzeba to robić na małym ogniu i bardzo uważać, żeby cukier się nie spalił. Zostawiamy do wystudzenia i ubijamy sobie w tym czasie białka na sztywno. Bardzo sztywno. A później, cały czas miksując, cieniutkim strumyczkiem wlewamy do masy nasz syrop. Taką masą najlepiej wypełniać rurki tuż przed podaniem i zabezpieczyć końcówki cukrem kryształem, bo jednak mimo sporej gęstości ma tendencje do wypływania, co jest jedną z zagadek ludzkości. Ale smak się zgadza. 



No i, oczywiście wychodzi go dużo za dużo jak na taką porcję rurek. Warto zaopatrzyć sie w kubeczki waflowe. Albo wymyślić sobie jeszcze inny sposób. Można na przykład upiec z niego różowe bezy. Albo . . . o tym jutro. 

S m a c z n e g o !




sobota, 11 grudnia 2010

Bieluśki Śnieg i Bezy Białe

No i stało się. Pączki upieczone, a w lodówce całe słoiki białek, z którymi coś trzeba zrobić. Na pierwszy ogień idzie najbardziej oczywiste rozwiązanie - Bezy. Bezy cudowne, Babcine (wiem, wiem, miałam genialną Babcię), kruche i lekko ciągnące w środku, a w dodatku wcale nie tak przeraźliwie słodkie jak te cukierniane.

Bezy, z których można zrobić wszystko - na przykład merengi z czarną porzeczką. Pavlovą, albo tak modne ostatnio bezy w kremie z budyniu i ajerkoniaku. Tyle, że ja tych rzeczy nie tykam, bo wielokrotnie przekraczają mój próg dopuszczalnej słodyczy. Więc na co mi bezy? Na Tort!



Bezy doskonale się przechowują, więc będzie to Tort Noworoczny. Jedyna bezowa rzecz, którą lubię. Poprawka: którą uwielbiam. Może dlatego, że jest zrobiony właśnie z tych mniej słodkich bezów Babci? Może dlatego, że słodycz jest łamana posmakiem kawy, ostrością wódki i cierpkością wiśni? 

Ale na Tort przyjdzie jeszcze czas. Trzeba zacząć od zrobienia bezów. A po pączkach jest doskonała okazja, bo zostało mnóstwo białek.

B e z y



Składniki:

8 białek
szczypta soli
1/2 kg cukru pudru
1 łyżeczka octu

Wykonanie:



Białka warto wcześniej wyjmuję z lodówki, żeby doszły do temperatury pokojowej, a następnie ubijam na sztywną pianę. Piana powinna być tak sztywna, by móc spokojnie odwrócić miskę do góry dnem. Następnie, cały czas miksując wlewam ocet (można zastąpić go sokiem z cytryny, ale wersja z octem jest lepsza, bo mocniej przełamuje słodycz), i stopniowo wsypuję cukier. Po 1 łyżce, i kolejna dopiero, kiedy poprzednia porcja jest już niewidoczna. 
Tak przygotowaną masę nakładam do zwykłej małej szprycy cukierniczej i wyciskam z niej na natłuszczoną blachę bezy. Trochę inaczej niż zazwyczaj, bo końcówka domowej szprycy jest zbyt mała. Dlatego wyciskam kółeczka i ciągnę je ku górze w piramidkę. Cierpliwości starcza mi zwykle na 1 blachę. Reszta leci już łyżeczką. Mam za to dobrą wiadomość - te bezy nie rozpływają się podczas pieczenia i pięknie trzymają kształt. 
Pieczenie to też swoisty rytuał. Powinno być około 100 stopni i około godziny. Ale ja mam specyficzny piekarnik bez możliwości regulacji temperatury, dlatego po prostu go nie zamykam. W takich warunkach bezy potrzebują około dwóch godzin i lekko pękają. Ale w torcie mi to kompletnie nie przeszkadza. 

Z takiej porcji wychodzą mi zwykle 4 blachy bezowych ciastek. To wystarcza akurat na dwa torty :) A jutro o kolejnym pomyśle na wykorzystanie białek.



S m a c z n e g o !

piątek, 10 grudnia 2010

Świąteczny Rozgardiasz z Pączkami w Tle

Mało komu pączki kojarzą się jakoś wyjątkowo świątecznie. A mnie, owszem. Pewnie dlatego, że piecze się je u nas dwa razy do roku. Oczywiście, w Tłusty Czwartek. I w pierwszą sobotę Adwentu. I właśnie razem z nimi wkrada się do domu świąteczna atmosfera. Nagle wszyscy zachowują się jakoś bardziej tajemniczo i zazdrośnie strzegą czeluści swoich szaf, ktoś tam zaczyna przebąkiwać o choince, pojawia się coraz więcej świec i ozdobnych serwetek.



W ten sposób sezon tegoroczny sezon świąteczny rozpoczynam pączkami. Pączkami naprawdę niezwykłymi, bo to chyba najstarszy przepis w moich zbiorach. Pączkami którymi Moja Babcia słynęła na całe nasze miasteczko. Pączkami, które zamawiali u niej nawet Znajomi Królika.To jest przepis jeszcze przedwojenny, który Babcia otrzymała w latach 40-tych od stareńkiej już wtedy gospodyni księdza. Pojęcia nie mam za co. W każdym razie wpisując ten przepis dzielę się z Wami jedną z rodzinnych tajemnic.

Te pączki są tak legendarne, że z trzech córek Mojej Babci odważyła się je upiec tylko Moja Mama, a i to dopiero wtedy, gdy Babcia złamała rękę i nie była w stanie upiec ich sama. I teraz ona przyjmuje na nie zamówienia od całej rodzinki. Ja tylko pomagam. Kulam je, nadziewam, nastawiam do wyrośnięcia. Ale nigdy nie zarabiam. Bo to właśnie w wyrabianiu ciasta kryje się podobno cała ich tajemnica. Z mikserów i robotów wychodzą twory o miękkości kamienia. A odpowiednio wyrobione ręcznie są leciutkie jak puch, mocno dziurawe, pachnące i po ugryzieniu w ogóle nie czuje się, że coś się je - sam Blikle wysiada. Wiem, bo do dziś pamiętam własne rozczarowanie po skosztowaniu Jego dzieła. Kto ma odwagę, niech sam spróbuje zmierzyć się z tym arcydziełem. (Mam nadzieję, że Babcia nie będzie się mściła zza grobu za ujawnienie Jej sekretu).

Przepis cytuję dokładnie za oryginałem.

P r z e d w o j e n n e    P ą c z k i    G o s p o d y n i    K s i ę d z a



Składniki:
(porcja na około 60 sztuk)

1 kg mąki tortowej
25 dag masła
15 żółtek
1 szklanka cukru
25 ml spirytusu
15 dag drożdży
3/4 l mleka
1 płaska łyżeczka soli
powidła
Lukier z cukru pudru i wody
1 kg smalcu do smażenia

Wykonanie:



Trzy kopiaste łyżki mąki zalać szklanką gotującego mleka, dobrze rozetrzeć i zostawić do wystygnięcia. Drożdże rozrobić z 3 łyżeczkami cukru i dodać do porządnie wystudzonej masy mączno-mlecznej. Dolać resztę mleka i jeszcze 3 kopiaste łyżki mąki. Powinno wyjść z tego ciasto o konsystencji budyniu, które należy zostawić do wyrośnięcia (podwojenia objętości +/- 20 minut).
W osobnym naczyniu ubić trzepaczką żółtka z cukrem i dodać je do wyrośniętego ciasta wraz z surowym masłem, solą i spirytusem. Dodać resztę mąki, ale niekoniecznie wszystką, bo ciasto jest dość luźne.
Tak przygotowane ciasto wyrabia, a właściwie wybija się ręcznie przez . . . 30 minut! Cała rzecz polega na tym, by mocno uderzając zagarniać je od spodu wprowadzając do środka jak najwięcej powietrza.



Ponownie odstawić ciasto do podwojenia objętości.
Wyrośnięte ciasto wyłożyć ciasto na stolnicę, rozwałkować, szklanką wycinać krążki, nakładać na każdy krążek po łyżeczce powideł (dla mnie konfitury z róży to mit - potrzebne są gęste, kwaśne powidła, najlepsze śliwkowe własnej roboty). Krążek zlepić jak pieróg i ukulać między dłońmi jak pączek. 
Smalec roztopić do temperatury wrzenia i smażyć w nim paczki do złotego koloru (ja preferuję ciemnobrązowy) obracając drewnianym patyczkiem. Lukrować na gorąco.

I przepis na te cudowne pączki wędruje a jakże inaczej, do Kulinarnych Pereł z Lamusa. 

I to są najlepsze pączki na świecie. Tyle, że trudne i wymagają niezłej krzepy. No i zostaje z nich sporo białek, ale o ich wykorzystaniu następnym razem. Uprzedzam tylko, że wbijam je sobie zwykle do osobnych słoiczków - 8, 3 i reszta. 



PS. Komu drogo polecam wersję oszczędnościową Mojej Babci wynalezioną w czasie kryzysu - na 10 żółtkach, margarynie, z octem zamiast spirytusu i smażone w oleju. Też dobre, ale to już nie to.

Smacznego!

Aaaaa . . . zapomniałabym. Może to i mało kulinarne, ale mówiłam, że razem z pączkami zaczyna się okres świąteczny. A razem z nim do mojego piekarnika zaczynają też rościć sobie pretensje anioły (i nie tylko) z masy solnej. Później występują w roli upominków dla bliższych i dalszych znajomych. Na przykład takie:

czwartek, 9 grudnia 2010

Staroświeckie Racuszki

 - Ech, takie jedzenie, to dopiero idzie w biodra. Eeeee tam, warto! - tak w skrócie prezentuje się mój tok myślenia, kiedy przychodzi mi do głowy, że można zrobić racuchy. Zwykle pocieszam się tym, że skoro mam obiad i deser w jednym, to może być nieco mniej kaloryczny. A tak naprawdę, nie będę kłamać. W nosie mam te kalorie! A racuchy po prostu uwielbiam. Szczególnie właśnie takie staroświeckie.



Przy okazji podzielę się jednym z moich odwiecznych dylematów. Czasem tak po prostu mam, że nie zgadzam się ze światem. A jeden z takich buntów dotyczy właśnie nieszczęsnych racuchów. Otóż absolutnie nie zgadzam się, by płaskie placuszki smażone na patelni, nazywać racuszkami! Racuch to dla mnie taki ubogi pączek i smażyć też trzeb go odpowiednio, tzn. na głębokim tłuszczu jak frytki. I już. 

S t a r o ś w i e c k i e    R a c u c h y



Składniki:

1/2 kg mąki pszennej
5 dag świeżych drożdży
4 łyżki cukru
1 cukier waniliowy
szczypta soli
1 jajko
1  szklanka kwaśnej śmietany
(lub w wersji bardziej dietetycznej - gęstego jogurtu)
1/2 szklanki mleka
opcjonalnie: 2-3 jabłka
ok. 1 kg smalcu do smażenia
cukier puder do posypania



Wykonanie:

Mleko lekko podgrzewam z 1 łyżeczką cukru. Wkruszam do niego drożdże, mieszam przez chwilę, zasypuję łyżką mąki, nakrywam lnianą ściereczką i odstawiam na kwadransik, żeby ładnie się spieniło i urosło. 
Do miksera wsypuję mąkę, sól i cukier, wbijam jajko, wlewam śmietanę i spienione drożdże, dodaję starte lub drobno pokrojone i odsączone jabłka (albo nie). Miksuję krótko, żeby się wszystko ładnie połączyło, znów nakrywam ściereczką i odstawiam na godzinkę do wyrośnięcia.
Po tym czasie stawiam na ogniu prodiż (może być też szeroki i niezbyt wysoki garnek, który nie ma inklinacji do przypalania się) i na małym ogniu roztapiam w nim smalec. Gdy zaczyna skwierczeć, nabieram łyżką kawałki ciasta i zsuwam je delikatnie na gorący tłuszcz. Powinny utrzymywać się na jego powierzchni, jeśli nie, to znaczy, że tłuszcz jest jeszcze zbyt zimny. Smażę na ciemnobrązowo. 



Trzeba znaleźć złoty środek miedzy czasem smażenia a ogniem. Im pod naszym garnkiem będzie większy ogień, tym szybciej usmażą się racuchy, ale będą wtedy ciemnobrązowe i mogę nie dopiekać się w środku. Najpiękniejsze, złociste, wymagają małego ognia, ale smażą się wtedy dość długo. No i nie można przesadzić, w końcu skórka racucha  powinna miejscami smakowicie chrupać . . .
Obracam na drugą stronę przy użyciu drewnianego patyczka. Można też użyć go do sprawdzenia, czy racuchy się upiekły, dokładnie tak samo, jak robi się to podczas pieczenia ciasta. Gotowe racuszki wyjmuję z prodiża i układam na papierowych ręcznikach, żeby troszkę odsączyć tłuszcz. 
Kiedy lekko przestygną, posypuję cukrem pudrem i gotowe!



S m a c z n e g o !

A przepis, zgłaszam do mojej ukochanej akcji Kulinarne Perły z Lamusa

czwartek, 2 grudnia 2010

Trzy Ciasta z Jabłkami

Ano, taki to właśnie czas. Miejscowe, sezonowe owoce wypierane są ze sklepów przez cytrusy. A mnie jakoś zostało z dzieciństwa, że czas cytrusów zaczyna się dopiero razem z Bożym Narodzeniem. A poza tym, jakoś tak staram się jeść głównie to, co rośnie u nas i nie płynie do Polski miesiącami w chemicznych posypkach. 

W dodatku, głowa już powoli wypełnia się Świętami i jakby serca coraz mniej dla szarej codzienności. W ten właśnie sposób, na naszym grudniowym stole królują . . . ciasta z jabłkami. Zdrowe, nasze, tanie, dostępne przez cały rok. I pyszne!

To nie są najbardziej aktualne zdjęcia. Jasne, że nie upiekłam trzech blach na raz! Ale to te właśnie ciasta pojawiają się u nas najczęściej między październikiem a majem. 

S z a r l o t k a    S y p a n a



Ten przepis podano już chyba na każdym szanującym się blogu. Ale co tam! Nic na to nie poradzę, że to właśnie jest moja ukochana szarlotka. Nie ma chyba prostszego w wykonaniu i szybszego (pomijając obieranie jabłek) ciasta. A do tego fantastyczna w smaku: jakby połączenie kruchego ciasta z biszkoptem i świeże jabłka bez podsmażania i dodatków zapachowych. Szczerze mówiąc, ta szarlotka jest z nami przez cały rok, bo doskonale wypada również w roli lekkiego, letniego ciasta. 

Składniki:

1 1/2 szklanki mąki
1 1/2 szklanki kaszy manny
1 1/2 szklanki cukru
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 - 2 1/2 kg jabłek
20 dag masła

Wykonanie:



Zaczynam od schowania masła do zamrażarki. W tym czasie obieram jabłka, wydrążam z nich gniazda nasienne i kroję na ósemki. Później każdą ósemkę kroję na cieniutkie plasterki wzdłuż krótszego boku. 
Mieszam ze sobą wszystkie sypkie składniki. Natłuszczam i wysypuję tortownicę (dużą, ok. 30 cm) bułką tartą. Wsypuję do niej 1/3 sypkiej mieszanki i połowę jabłek. Na jabłka znów 1/3 sypkiej mieszanki i kolejna warstwa jabłek, a na wierzch znów sypkie. Na wierzch trę masło. Wstawiam do piekarnika. Ciasto potrzebuje trochę więcej niż godzinę w temperaturze poniżej 200 stopni. A efekt jest znakomity! 

J a b ł k o w y    M u r z y n e k

No jakżeby zima bez czekoladowego ciasta! Niemożliwe. U mnie to ciasto też występuje z jabłkami. Właściwie upiekłam je po raz pierwszy, ale jest tak fantastyczne, że na stałe wpisałam je do swojego kuchennego repertuaru. Pod pewnymi względami przypomina Sypaną Szarlotkę - tu również nie podsmaża się jabłek, bo ich sok odpowiada za wilgotność ciasta. Może tylko następnym razem zrezygnuję z kremu budyniowego na rzecz zwyczajnej polewy czekoladowej, bo samo ciasto nie potrzebuje wcale ozdobników.


Składniki:

7 jabłek
1 szklanka mąki
1 szklanka mąki krupczatki
1 1/2 szklanki cukru
15 dag stopionego i wystudzonego masła
3 białka z jajek
2 łyżki kakao
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka cynamonu

Wykonanie:

Jabłka obieram, wydrążam gniazda nasienne, kroję w dość drobną kostkę i zasypuję cukrem. Odstawiam na godzinkę, żeby puściły sok. W tym czasie białka ubijam do powstania dość sztywnej piany. Przy użyciu łyżki mieszam białkową pianę z sypkimi składnikami i masłem, a gdy powstanie dość sztywne ciasto, dodaję jabłka razem z sokiem. Mieszam, wylewam na przygotowaną wcześniej blachę i piekę około 45 minut w 180 stopniach.
W oryginale na wierzchu jest jeszcze tradycyjny krem budyniowy z bakaliami i galaretką, a całość posypana kakaem. Moim daniem, jest to dodatek niepotrzebny, wystarczy fajna polewa. 

S z y b k i e    M a m i n e    C i a s t o 
z    J a b ł k a m i     i    B u d y n i e m



Kiedyś, zanim jeszcze Rodzice zamieszkali ze mną, każdy powrót do domu (bo już od szkoły średniej uczyłam się 250 km od domu) kojarzył mi się z zapachem tego właśnie ciasta. Mama zawsze potrafiła tak wycyrklować, że wyjmowała je z piekarnika akurat gdy stawałam w progu. Niezależnie od spóźnień pociągów. To jedna z Jej magicznych właściwości, ale o nich kiedy indziej. Grunt, że to jest naprawdę bardzo domowe, proste i szybkie ciasto.

Składniki:

3 jajka
4 szklanki mąki
30 dag masła
3 czubate łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 szklanki cukru pudru
2 budynie śmietankowe
(3 też nie zaszkodzą)
2 naprawdę duże jabłka

Wykonanie:

Gotuję budyń zgodnie z przepisem na opakowaniu i odstawiam do wystygnięcia. Obieram jabłka, wykrawam gniazda nasienne i kroję na ósemki (można też na ćwiartki, ale wtedy potrzeba więcej jabłek). Z pozostałych składników wyrabiam kruche ciasto i wkładam je na godzinę do lodówki. Po tym czasie rozwałkowuję je na rozmiar blachy i wylepiam nim natłuszczoną i wysypaną bułką tartą blaszkę. Nakłuwam widelcem i krótko podpiekam w 200 stopniach, tylko tyle, żeby delikatnie się zezłociło. Wyjmuję je z piekarnika, rozsmarowuję na nim budyń i rozkładam na całości ósemki jabłek tak, żeby na jeden kawałek ciasta przypadała ósemka jabłka. I znów do piekarnika. Nie podam konkretnego czasu - chodzi o to, żeby jabłka upiekły się i zmiękły. I tyle!

To ciasto nie jest bardzo słodkie, wielbiciele słodyczy powinni zwiększyć ilość cukru. Znacząco. Albo posypać je cukrem pudrem lub kruszonką. 

S m a c z n e g o !


wtorek, 30 listopada 2010

Domowa Mleczarnia

Domowe ciasto, domowy chleb. Zupy i sosy na własnym rosole. Mięso, wędliny, jaja i mleko ze wsi, od zwierząt karmionych bez chemii. Właśnie dotarło do mnie, że chyba jestem świrem. I wiecie co? Wcale mi to nie przeszkadza. A dzisiaj będzie kolejny wpis z serii: domowo. Bo w naszym domu je się też własny . . . nabiał. Sama robię twaróg do chleba, na serniki, na leniwe. A potem, tak jak robiła to Moja Babcia, przerabiam go na ser smażony, czyli smakowy cud zbliżony smakiem do serów pleśniowych, który nigdy w życiu nie widział patelni, bo robi się go na parze. A na deser serwuję dziś domowy . . . jogurt!

A zasada wciąż ta sama. Unikam chemii. Wiem, że akurat jogurt i twaróg, to nie są najbardziej schemizowane produkty, ale po co kupować coś, co można zrobić samemu? W dodatku szybko, prosto, bez specjalnego nakładu kosztów i . . . lepiej! No i bez sztucznego dodatku skrobii, pektyn, konserwantów, wszystkich E. A w przypadku jogurtu owocowego z absolutną pewnością, że wsad owocowy oznacza świeże owoce, a tajemniczą paćkę pod nazwą "koncentrat".

Jakość domowego sera poświadcza nasza Psotka :)


Kluczem do sukcesu jest świeże, dobre mleko. Ja mam to szczęście, że mam dostęp do takiego prosto od krowy. Ale nie jest to konieczność. Większość firm mleczarskich wprowadziła już do swojej oferty mleko pasteryzowane. I ono także doskonale nadaje się do produkcji domowych przetworów mlecznych. Co ważne, dla osób, które liczą kalorii, wszystko, co pokazuję w tym wpisie, można wykonać także z mleka odtłuszczonego. A jogurt osłodzić słodzikiem. To ważne szczególnie dla osób na diecie proteinowej, bo niemal nie da się kupić owocowego jogurtu i bez tłuszczu i bez cukru. A zrobić można.

D o m o w y    J o g u r t

Składniki:

3 szklanki mleka
3 łyżki jogurtu naturalnego
3 łyżeczki mleka w proszku

Wykonanie:

Wszystko wlać do garnka, wymieszać i podgrzać do temperatury 43-44 stopni. Przyda się termometr kuchenny, ale doświadczone kucharki poradzą sobie także bez niego. W przygotowaniu jogurtu chodzi przede wszystkim o rozmnożenie bakterii, czyli temperatura mleka powinna być dokładnie taka jak przy zaczynie drożdżowym na ciasto lub chleb. Ja termometru nie posiadam, a jogurt wychodzi.
Gotową mieszankę studzimy. I nie przerażamy się konsystencją. Gorąca nadal wygląda na mleko i dopiero po 2-3 godzinach od wystudzenia zyskuje właściwą gęstość, która informuje nas, że bakterie rozmnożyły się, żyją i mają się dobrze. 
Z gotowego jogurtu zwykle odlewam trochę do niedużego słoiczka, zakręcam i wstawiam do lodówki. W ten sposób jogurt można przechowywać nawet do dwóch tygodni, a mam materiał na zaczyn do kolejnej jogurtowej produkcji. Z czasem zawartość niechcianych skrobii i pektyn rozrzedza się tak bardzo, że znika niemal zupełnie.  

To jest, oczywiście, przepis na jogurt naturalny. Taki do tzatzików, albo do stosowania jako bardziej dietetyczny zastępnik śmietany. Ale bez problemu można przerobić go na jogurt owocowy.Na właściwie każdy smak, jaki tylko przyjdzie nam do głowy. Moje ulubione: pomarańczowa straciatella (z cgorzką czekoladą), miętowa straciatella, ananas, gruszka z imbirem, kawowy, banan z wiśnią. A ostatnio zrobiłam jogurt jabłkowo - gruszkowy. 



J o g u r t    J a b ł k o w o - G r u s z k o w y

Składniki:

3/4 l jogurtu naturalnego
1 łyżka cukru
1 duże jabłko
3 nieduże gruszki
sok z 1/4 cytryny

Wykonanie:

Owoce obrałam i pokroiłam w niezbyt drobną kostkę. Wrzuciłam do niedużego garnuszka, zasypałam cukrem, skropiłam sokiem z cytryny. Pogotowałam chwilę, żeby owoce zmiękły. Odłożyłam 3 łyżki takich miękkich owocowych kosteczek do osobnej filiżanki, a resztę rozgotowałam. Wszystkie owoce wystudziłam. 
Kiedy owoce wystygły, te bardziej rozgotowane zmiksowałam taką końcówką do przecierania zupek dziecięcych z jogurtem, a następnie już łyżką całość zmieszałam z odłożonymi wcześniej lekko tylko obgotowanymi kawałkami owoców. 
Przelałam do dzbanka i wstawiłam do lodówki, żeby dobrze się schłodziło. A później wszyscy chrupali go z płatkami. 

T w a r ó g    M a ś l a n k o w y



Nie wiem dlaczego, ale smakuje nam bardziej, niż ten zrobiony z mleka. Jest bardziej kremowy i ma konsystencję sera śmietankowego, z łatwością pozwala rozsmarować się na chlebie. No i ma jeszcze jedną zaletę. Czy ktoś kiedyś szukał w sklepie maślanki light? To na pewno nie znalazł. Bo nic takiego nie istnieje. Maślanka sama w sobie jest produktem odtłuszczonym i zawiera poniżej 1% tłuszczu. Po prostu nie ma potrzeby dodatkowego jej odtłuszczania!

Składniki:

2 l maślanki

Wykonanie:



Maślankę wlewam do garnka i stawiam na małym ogniu. Powinna podgrzać się do temperatury około 70 stopni, z tym, że w tym wypadku termometr już kompletnie nie jest potrzebny. Wystarczy patrzeć do garnka. Kiedy płyn zaczyna się rozwarstwiać i pływają w nim małe grudki, to jest właśnie ten moment, żeby zdjąć go z ognia. Teraz zawartość garnka studzę.
Zwykły durszlak wykładam lnianą szmatką i wieszam za uszy w dopasowanej misce, tak, żeby płyn mógł odciekać. Na szmatkę w durszlaku wylewam zawartość garnka. Odlewam zawartość miski i ponownie wieszam w niej durszlak. Tak zostawiam sobie to na noc. Rano tylko przekładam gotowy ser na talerzyk, jak ciasto, czyli przez odwrócenie durszlaka. 
Zwykle wychodzi mi z takiej porcji 30-40 dag twarogu.
Taki twaróg można od razu zjeść. Można też przerobić na sernik albo na leniwe. Albo zrobić z niego fantastyczny ser, który robiła kiedyś Moja Babcia. Chociaż wymaga to trochę cierpliwości.

S e r    S m a ż o n y

Składniki:

1/2 kg twarogu
1 jajko
sól
ulubiony dodatek
1/3 łyżeczki sody oczyszczonej

Wykonanie:



Najlepiej, żeby ser trochę poleżał. Szkoda używać do tego bardzo świeżego twarogu. Tak około tygodnia. A później i tak trzeba go "popsuć". 
Ser wkładam do wysokiego naczynia (przetestowałam - miska jest za niska), rozkruszam widelcem i posypuję sodą. Odstawiam - latem wystarczy doba, zimą potrzeba trochę więcej czasu. Liczy się efekt - ser nadaje się do dalszej obróbki, kiedy wygląda jakby chciał uciekać z naczynia, czyli zaczyna kipieć. Dlatego właśnie potrzebne jest wysokie naczynie. 
Taki ser przekładam do garnka i gotuję na parze. Moja Babcia dodawała do niego trochę masła, ale nie jest to niezbędny dodatek. Mieszając gotuję go na parze tak długo, aż rozpuszczą się wszystkie serowe grudki. Pod koniec wbijam jajko. Można wbić dwa, ser zachowa wtedy bardziej płynną konsystencję. 
A później mieszam z dodatkiem. Babcia dawała kminek, ja najbardziej lubię z posiekanym koperkiem. Ale wrzucić można do niego wszystko: podsmażone pieczarki, kawałki szynki. Co kto lubi. 
Wystarczy przelać do miseczki i wystudzić. 

S m a c z n e g o !

piątek, 26 listopada 2010

O rosole z przyległościami

A bo ja nie wiem skąd to się bierze, choć trochę mnie irytuje. W kwestii pieczenia wszyscy blogowicze są doskonale wyedukowani. Chleby pieczemy na zakwasie, kręcimy nosami na proszek do pieczenia, używamy masła zamiast margaryny. A w takim zwykłym, codziennym gotowaniu wciąż biednie. Niby wyrasta kulinarna świadomość, a jakoś tak połowicznie. 

Jednym z grzechów głównych, w moim przynajmniej pojęciu, jest notoryczne nadużywanie bulionu. Z kostki, z papierka, z pudełeczka - wszystko jedno. Sama chemia. Radzę, w celach doświadczalnych, przeczytać skład na opakowaniu i natychmiast wyrzucić! Pozwolę sobie zacytować taki skład z opakowania jednego z wiodących na rynku producentów. Otóż jego zdaniem rosół wołowy zawiera:

2,9% esktraktu wołowego! 
A do tego: 
tłuszcz roślinny (żeby były "oka")
glutaminian sodu (a jakże - w nim cały smaczek), 
inozynian diosodowy,
guanylan disodowy, 
skrobia, 
karmel amoniakalny (dla kolorku), 
maltodekstryna, 
kwas cytrynowy,
śladowe ilości mleka, kurkumy i nasion selera,

Smacznego!

A teraz proponuję przyrządzić taką miksturę w domu. Wlać do garnuszka szklankę wody, dołożyć 2,5 dag margaryny,  2,5 dag mąki, 7 dag wołowiny i po szczypcie kwasku cytrynowego (też raczej mało akceptowalny w przepisach na ciasto, bo nauczyłyśmy się już używać cytryn), nasion selera, soli i kurkumy. Zagotować i zjeść. Tyle rozpoznawalnych substancji znajduje się w takim bulionie. Tyle naturalnego smaku. Reszta - czysta chemia.


Tyle z wykładu Małego Chemika. Kto chce, niech to je. Moim zdaniem, nie ma zdrowej, domowej kuchni z bulionem z kostki.

Oczywiście, w kraju zup i sosów, bez rosołu żyć się nie da. Cały dowcip polega na tym, że wbrew powszechnej opinii, doskonałą bazę do zup i sosów, pozbawioną tej całej chemii można przygotować w domu. A w dodatku można to zrobić prosto i bez zbędnego nakładu kosztów.  

Najważniejsze jest mięso. W wersji rosołowej wcale nie takie drogie, bo nie chodzi tu o najwyższą jakość. U każdego rzeźnika można dostać tzw. porcje rosołowe. Zarówno wołowe jak i drobiowe. Drobiowe wypadają na pierwszy rzut oka taniej, wołowe dają więcej możliwości. Do wyboru. Można zrobić wersję mieszaną, w zależności od potrzeb. Ja mam wielki gar, więc potrzebuję dwóch porcji mięsa. Oprócz tego potrzebna będzie zimna woda, pęczek włoszczyzny, 1 cebula, sól, pieprz. Rosół drobiowy będzie delikatniejszy, świetny jako baza do zup. Wołowy, mocniejszy w smaku i kolorze świetnie spisze się w sosach. Ale jakichś sztywnych zasad tu nie ma - po prostu co kto woli.
Jest jeszcze jeden tajemniczy składnik. Lubczyk. Można, oczywiście, użyć maggi. Ale w takim wypadku można właściwie z powodzeniem wrócić do bulionu z kostki. Skład chemiczny ten sam. Ja mam to szczęście, że posiadam dostęp do świeżego lubczyku ogrodowego. Ale w tej chwili można go już kupić. Najtrudniej o świeży. Ale w sklepach ze zdrową żywnością można dostać ususzony, a w zwykłych marketach, w płynie. Wygląda tak samo jak słynne maggi, tyle, że jest wyraźnie opisany jako lubczyk. 

Spróbujmy ująć to w przepis:

D o m o w y    R o s ó ł



Składniki:

2 porcje mięsa rosołowego
(drobiowego, wołowego albo mieszanego)
1 pęczek włoszczyzny
(pół selera, 2 pietruszki, 3-4 marchewki)
1 cebula,
sól, pieprz, lubczyk do smaku
zimna woda

Wykonanie:

Mięso opłukuję pod bieżącą wodą. Wkładam do garnka, zalewam zimną wodą, przykrywam garnek i wstawiam na maleńki ogień. Zostawiam na 2-3 godziny. Wołowina potrzebuje nieco więcej czasu, drób mniej. Gotuje się samo, ważne tylko, żeby nie dopuścić do zagotowania się, bo rosół będzie mętny. Niech sobie leciutko pyka. Spokojnie można zająć się w tym czasie setką innych spraw. 
Kiedy po upływie pożądanego czasu zajrzymy do garnka, zobaczymy, że mięso mamy ugotowane, a woda zmieniła kolor. Na powierzchni zupy pływają piękne oka - tym większe, im tłustsze było mięso. Umówmy się od razu - z dietetycznej piersi kurczęcej rosół nam nie wyjdzie. Jako dowód niech posłuży przykład Mojego Dziadka, który na rosół kupił sobie kiedyś 20 dag chudej wołowiny. Oczu nie było, więc dołożył łyżkę smalcu. Efekt był taki, że nawet pies nie chciał tego jeść. 
Cały problem polega na tym, że oprócz oczu, na powierzchni pływa też cała masa ściętego białka, czyli nieduże szare drobinki zwane brzydko mętami lub szumowinami. Bierzemy więc łyżkę cedzakową i po prostu je ściągamy. Wymaga to trochę cierpliwości. Jeśli chodzi nam tylko o bazę do innych zup i sosów, specjalna dokładność nie jest wymagana. Jeśli o rosół w czystej formie, wręcz przeciwnie. Można gorący - uwaga! bardzo gorący rosół zlać do innego garnka przez gazę. Bardzo gorący, żeby nie pozbawić go w ten sposób też tłustych oczu.
Teraz wystarczy dołożyć obraną włoszczyznę i opaloną nad ogniem cebulę (nie jest konieczna, ale to właśnie ona nada naszemu rosołowi piękny, złocisty kolor). Zostawiamy na ogniu i gotujemy, aż warzywa zmiękną, co trwa zwykle około godziny. 
Dopiero po dodaniu warzyw, nasz rosół zacznie fantastycznie pachnieć. Kiedy warzywa się ugotują, wystarczy zupę doprawić. Mocno, bo tłuszcz sam w sobie smaku raczej nie ma, trzeba go dopiero wydobyć. 
I taki rosół lubi każdy! 

Porcja wychodzi ogromna. Ja celowo gotuję właśnie taką. Pierwszego dnia schodzi zwykle w czystej postaci, jako rosół. Szczególnie polecam z domowym makaronem. Nie wiem dlaczego, rosół i pomidorowa wymaga domowego makaronu. Tak po prostu jest. Wszystkim przerażonym wyjaśniam, że to nic trudnego. Ciasto makaronowe jest najłatwiejszym ciastem, jakie tylko można sobie wyobrazić. Robi się je z mąki, wody i jajek. Słynny makaron czterojajeczny oznacza prosty przelicznik - 4 jajka na 1 kg mąki. Przy czym warto pamiętać, że z natury jest to ciasto twarde. Wody staramy się dodawać jak najmniej. Tajemnicą jest mąka. Idealna będzie z twardej pszenicy durum, ale ta bywa ciężko dostępna. W marketach można dostać specjalne włoskie mieszanki mąk do wyrobu makaronu. Jeśli komuś nie chce się szukać, ze zwykłej pszennej też wyjdzie, chociaż z mąk łatwo dostępnych, szczególnie polecam mąkę krupczatkę. Jest łatwiejsza w obróbce, bo makaron mniej się klei. No to znowu spróbuję ująć to bajdurzenie w jakiś logiczny przepis. 

D o m o w y    m a k a r o n


Składniki:

1/2 kg mąki
2 jajka
woda,
szczypta soli

Wykonanie:

Wywalić wszystko na stolnicę, albo zwykły kuchenny blat i zagnieść starając się dodawać jak najmniej wody. Następnie podsypując mąką rozwałkować na możliwie najcieńszy, ogromny placek. Idealnie byłoby zostawić go na godzinkę do lekkiego podeschnięcia, ale i bez tego się obejdzie, tyle, że trochę zaburzą się proporcję, bo trzeba będzie podsypywać mąką.
Następnie nasz ogromny placek kroimy na paski o takiej szerokości, jakiej długości chcemy otrzymać makaron. Pozostaje już tylko posiekać go na cieńsze lub grubsze nitki i ugotować w osolonej wodzie do pożądanej konsystencji. 

Taki makaron wykładamy na talerze i zalewamy rosołem. Świetnie smakuje po babcinemu z dodatkiem natki pietruszki albo posypany świeżo zmielonym pieprzem. Można przygotować go z podwójnej porcji, bo rosołu z całą pewnością wystarczy na co najmniej dwa obiady. Przy czym drugiego dnia wcale nie musi już być rosołem! Wystarczą świeże, obrane ze skórki i lekko podsmażone pomidory albo nawet, w szybszej wersji po prostu pomidory zapuszkowane. Do tego odrobina śmietany albo jogurtu, posiekany koperek i mamy pomidorówkę! Też z makaronem. Albo z ryżem, żeby było trochę inaczej. 
Można też kupić (albo zrobić) buteleczkę zakwasu, ugotować jajka, ziemniaki, białą kiełbasę i rosół będzie żurkiem. Albo czerwonym barszczem z pasztecikiem albo uszkami. Albo rozmiksować w nim dowolne warzywa  i będzie krem. Następnego dnia będzie z tego każda zupa i to znacznie lepszej jakości niż na bulionie z kostki. (Acha, no nie barszcz wigilijny, oczywiście, bo ten musiałby być bezmięsny). Nawet flaki. Czysto drobiowy rosół Moja Mama przerabia na flaki drobiowe - dorzuca do niego drobne pulpeciki z mielonego mięsa drobiowego i pokrojoną w cieniutkie paseczki pierś z kurczaka, zaciąga śmietaną, doprawia imbirem i to jest świetne, a bez mącznych dodatków. Ja najczęściej gotuję wersję wołową i zamieniam ją później na bardzo prostą zupę czosnkową, którą przywiózł kiedyś znajomy z Hiszpanii.

Z u p a    C z o s n k o w a


 Składniki:

1 1/2 l rosołu,
20 ząbków czosnku
2 bułki kajzerki
10 dag startego, żółtego sera
białe wytrawne wino

Wykonanie:

Obrane ząbki czosnku wrzucam do rosołu i gotuję tak długo, aż zrobią się zupełnie miękkie. Wtedy czosnek z zupy wyciągam. Na talerzach układam pokrojone na małe kromeczki bułki, posypuję startym serem i zalewam gorącą zupą.  
Ta dziecinnie prosta zupa jest bardzo efektowną przystawką nawet dla gości, bo talerz ustawia się na tacy z kieliszkiem białego, wytrawnego wina, które dopiero tuż przed jedzeniem wlewa się do zupy. W wersji domowej wystarczy trochę zakwasić ją sokiem z cytryny. 
Dla lepszego efektu smakowego, warto ominąć szerokim łukiem supermarket i udać na osiedlowy bazarek. Może uda się tam dostać prawdziwy, polski czosnek, zamiast powszechnie panującego chińskiego. Łatwo go rozpoznać, po wyraźnym, fioletowym zabarwieniu skórki. 

A dla kogo zwykły rosół ze zwykłym makaronem, to danie zbyt mało oryginalne, polecam równie tradycyjny, choć nieco zapomniany rosół z gałą. Rosół przygotowujemy tak samo jak w przepisie podstawowym, tylko zamiast makaronu, wrzucamy na talerz tak przygotowane gałeczki serowe:

G a ł e c z k i   s e r o w e   d o   r o s o ł u


Składniki:

15 dag startego drobno, żółtego sera,
(najlepsze są twarde, ostre gatunki)
15 dag bułki tartej
3 czubate łyżki mąki
3 jajka
sól, pieprz, gałka muszkatałowa (najlepiej świeżo starta)

Wykonanie:

Wszystkie składniki wyrabiamy dokładnie tak jak kotlety mielone i doprawiamy do smaku. Mokrymi rękami formujemy kuleczki wielkości orzecha laskowego i wrzucamy do gotującego się rosołu. Są gotowe, kiedy wypłyną na jego powierzchnię. 

I właściwie tyle. Pozostały rosół zlewam do szklanego dzbanka i używam jako bazy do sosów, do duszenia mięs. Taki gar gotuję zwykle raz w tygodniu, bo mam wrażenie, że domownicy obrażają się na mnie, jeśli przynajmniej raz w miesiącu nie wjedzie na stół czysty rosół albo zupa czosnkowa. No i dzięki temu unikam koszmarnego bulionu z kostki.


A w dodatku, nie ukrywam, że jest to spory oddech dla kieszeni, bo daje bazę na trzy, a czasem nawet cztery obiady i jeszcze śniadanie, co zwykle przydaje się pod koniec miesiąca. Warzywa z rosołu wędrują do sałatki jarzynowej. Wiem doskonale, że jest to smakowa pozostałość minionej epoki, ale jakoś nie znam nikogo, kto by jej nie lubił. W dodatku warzywa gotuje bez wyrzutów sumienia, że odlewam wszystkie wygotowane witaminy, bo przecież zostają w zupie. Wystarczy dokroić kilka ugotowanych ziemniaków, jajka na twardo, kiszonego ogórka, jabłko, dodać majonez, doprawić cukrem, solą, pieprzem, musztardą i jest pyszne śniadanko albo kolacja. Z wersji drobiowej wychodzi jeszcze kurczak w potrawce albo kluski białostockie. Z wersji wołowej sztuka mięsa z sosem chrzanowym albo pierogi. Albo pyzy z mięsem. Albo krokiety z mięsem. Przepisy na pewno kiedyś podam, ale dziś miało być o rosole.


W każdym razie, jakby nie liczyć, za 50 PLN mamy obiady na 3-4 dni dla czterech dorosłych osób (wyliczyłam już razem z kosztem dodatków do obiadów na kolejne dni). Znacznie zdrowiej niż z kostki. I trochę po Babcinemu, więc najsmaczniej jak tylko się da.

No i, zgodnie z wielkopolską oszczędnością, nic się nie marnuje. A przypominam, że gremialnie zachęcamy do niemarnowania jedzenia.

S m a c z n e g o !