niedziela, 24 października 2010

Październikowa WC czyli Warzywa w Cieście cz.2

Jak już pisałam wcześniej, wspólne pieczenie w Weekendowej Cukierni, sprawia mi nieziemską wprost frajdę. Postanowiłam więc upiec obie październikowe propozycje. Swoje Ciasto Czekoladowo-buraczane prezentowałam już tutaj. Teraz przyszedł czas na kolejną propozycję Pinkcake, która gospodarzyła w tym tygodniu - rogaliki marchewkowe. 

R o g a l i k i    M a r c h e w k o w e



Są po prostu boskie! Idealnie kruche, ale absolutnie nie twarde. Słodkie w sam raz. Dawno już nie trafiłam na przepis o tak idealnych proporcjach. Te rogaliki na stałe włączam do mojego kuchennego repertuaru. A w dodatku rozwiązują pewien problem, który dręczy mnie od dość dawna - czym nakarmić weganina? Nie ma w nich mleka, masła ani jajek. Same roślinki. A mimo to są fantastyczne. 

Składniki:

20 dag drobno startej marchewki
1 kostka margaryny
(na maśle pewnie były jeszcze lepsze, ale ma być przecież ortodoksyjnie wegańsko)
2 szklanki mąki
3 łyżki cukru pudru
ulubiona gęsta konfitura 
(użyłam całych truskawek z domowej galaretki i konfitury nektarynkowej)

Wykonanie:

Zagniotłam wszystkie składniki jak kruche ciasto. Podzieliłam na cztery części i formowałam rogaliki metodą mojej Babci, czyli najpierw każdą część rozwałkowałam na okrągły placek.Następnie każdy placek pokroiłam jak pizzę na 8 trójkątów. Na każdym trójkącie układałam truskawkę albo łyżeczkę konfitury nektarynkowej i zwijałam w rogalik zaczynając od boku, który był wczęściej częścią obwodu koła. 
Tym sposobem otrzymałam 32 niewielkie rogaliki, takie akurat na dwa kęsy. 
Piekłam te cuda około godziny (to dwukrotnie dłużej niż w oryginalnym przepisie, ale taka uroda mojego piekarnika) w 180 stopniach. 


Trochę wypłynęła mi konfitura, ale jakoś nikomu to nie przeszkadzało. Wszystkie rogaliki zniknęły na jedno posiedzenie. 


S m a c z n e g o !

sobota, 23 października 2010

Retroszarlotka

Po prostu nie może jej zabraknąć na jesiennym stole. To jedno z ciast o tysiącu twarzy - w każdym domu piecze się ją odrobinę inaczej i za każdym razem jest to coś wspaniałego. Tradycja pieczenia szarlotki rozwija się w polskich domach od wieków. Generalnie chodzi o półkruche ciasto z jabłkami. Dziś chciałabym się pochwalić własną wersją, dokładnie taką, jaką robiła moja Babcia, czyli znów sięgam do Rodzinnej Skarbnicy Wiedzy

R e t r o s z a r l  o t k a

Według mnie szarlotka, to takie ciasto, które powinno rozpadać się pod widelcem ze względu na wyraźnie widoczną strukturę plasterków jabłek. W związku z tym jabłek nie podsmażam, co wymaga trochę zabiegów, żeby uniknąć zwilgotnienia spodu przez sok wyciekający z jabłek podczas pieczenia. I to jest właściwie w tym cieście jedyny problem. Ale rozwiązują go: mąka, bułka tarta i galaretka. Ponieważ jest to ciasto staroświeckie, staram się też unikać nowomodnego dodatku proszku do pieczenia, który zastępuję bardzo staroświecką sodą, bo jednak ciasto nie może być twarde. Żeby zneutralizować jej smak, gaszę sodę sokiem z cytryny. Bardziej ortodoksyjnie można dodać dwa jajka zamiast sody - do wyboru. To właśnie jajka sprawiają, że ciasto rośnie. Dodatkowo moroże ciąsto przed pieczeniem, żeby zapewnić mu odpowiednią kruchość. No i, oczywiście, jako, że jest to ciasto półkruche, do pieczenia używam masła. Prawdziwego, osełkowego masła, a nie margaryny. A do jabłek dodaję rodzynki.

Składniki na ciasto:
(porcja na tortownicę ok.28 cm)

2 1/2 szklanki mąki
1/2 kostki masła
1 jajko
1 1/2 łyżki gęstej śmietany kremówki
2 łyżeczki sody oczyszczonej
1/2 szklanki cukru
szczypta cukru
1 duży cukier waniliowy 
(taki na kilogram mąki)
kilka kropel soku z cytryny

Wykonanie:

Na stolnicę wysypuję mąkę, na jej wierzch sypię sodę i prosto na nią wyciskam sok z połówki cytryny, powinno się ładnie spienić, ale wystarczy odczekać kilkanaście sekund, żeby ładnie opadło. Taki zabieg sprawia, że nikt nie powinien odczuć "musowania w żołądku". Teraz dodaję całą resztę składników, przy czym masło powinno być bardzo zimne i twarde (zwykle spędza przedtem noc w zamrażalniku), a reszta składników wręcz przeciwnie, powinna mieć temperaturę pokojową (dotyczy to także jajka i śmietany, które trzeba wcześniej wyjąć z lodówki). 
Zanim zacznę wyrabiać ciasto, najpierw możliwie długo siekam je dużym nożem. Chodzi o to, by dłońmi nie ocieplić masła. Moja Babcia potrafiła w ten sposób wyrabiać ciasto do końca i to dość szybko. Ja w połowie tracę cierpliwość i wyrabiam je normalnie, ręcznie. I tak wymaga to trochę siły i samozaparcia, bo porcja jest spora, a tak twardemu ciastu raczej żaden robot nie poradzi. 
A później, gdy udaje się wreszcie uzyskać jednolite ciasto, formuję je w kulę, owijam w lnianą ściereczkę i wstawiam do zamrażalnika na około 2 godziny. 



Składniki na jabłka:

2 kg twardych, kwaśnych jabłek
(tradycyjnie powinna to być antonówka)
1 galaretka cytrynowa
5 dag rodzynek
1 łyżeczka cynamonu,
1 duży cukier waniliowy,
3 łyżki mąki,
bułka tarta

Wykonanie:

Jabłka dzielę na ćwiartki, wycinam gniazda nasienne i obieram, a następnie kroję na niezbyt grube plasterki wzdłuż krótszego boku. Mieszam z mąką, rodzynkami, cukrem, cynamonem i odstawiam na godzinkę do napęcznienia. Nie ma potrzeby wcześniejszego moczenia rodzynek - zmiękną od jabłek i też pomogą w zbieraniu nadmiaru soku.Wariacje są różne - w szlachetniejszej wersji można mąkę zastąpić zmielonymi orzechami. Moja Babcia dodawała jeszcze odrobinę skórki pomarańczowej albo cytrynowej. Oprócz cynamonu można dodać jeszcze odrobinę imbiru i kilka goździków (polecam te ostatnie).
Wyjęte z lodówki ciasto dzielę nierówno, 2/3 rozwałkowuję na blasze, nakłuwam widelcem i podpiekam w 200 stopniach przez około kwadrans. Następnie jabłka mieszam z galaretkowym proszkiem, na ciasto wysypuję ułkę tratą, wykładam jabłka, a na ich wierzch ścieram na grubej tarce pozostałą 1/3 ciasta. I piekę jeszcze około 45 minut. 

Taką szarlotkę powinno się jeszcze dodatkowo posypać cukrem pudrem z odrobiną cynamonu.(tak robiła moja Babcia). Ja zwykle z tego rezygnuję, żeby nie było zbyt słodko.  Za to podaję nieco bardziej nowocześnie, tak trochę po amerykańsku - na gorąco z lodami. Jeszcze jedną luksusową wariacją jest zastąpienie w cieście części mąki kakaem. Też jest dobrze. I mniej słodko.

Początkowo zamierzałam dodać ten przepis do akcji Sezon na Jabłka. Ale uznałam, że szarlotek pewnie będzie w niej ze dwieście. A tymczasem to jest naprawdę stary, tradycyjny przepis. Po głębokim zastanowieniu wędruje wiec jednak do Kulinarnych Pereł z Lamusa.

piątek, 22 października 2010

Październikowa WC czyli Warzywa w Cieście cz.1

Na Weekendową Cukiernię czekałam z wielką niecierpliwością. Nic na to nie poradzę - uwielbiam piec ciasta, a po pachnącym cynamonem Bawarskim Drożdżowcu ze Śliwkami dziewczyny narobiły mi ogromnej ochoty na kolejne wspólne wypieki. I nie zawiodłam się! 

Październikowe wydanie prowadziła Pinkcake z Trochę Innej Cukierni, która zaproponowała dwie najprawdziwsze cudowności - ciasta na bazie warzyw, żeby łatwiej i bardziej słodko móc zrealizować zdrowotny wymóg pochłaniania pięciu warzywnych porcji dziennie. 

Kiedy obwieściłam rodzinie, że będą jeść ciasto z buraków i rogaliki z marchewki, zostałam obwołana rodzinną wariatką. Podchodzili do tych słodkości jak przysłowiowy pes do jeża. Ale tylko początkowo, bo obie propozycje zniknęły w tempie zgoła kosmicznym, nawet okruszki nie uchowały się do następnego dnia.

No i nadal z niecierpliwością czekam na . . .  listopadowe propozycje. A oto dokumentacja październikowa:

C i a s t o    K r w i o d a w c ó w 



Trochę je przechrzciłam. W oryginale nazywało się Czekoladowym Ciastem z Burakiem. Ale siła skojarzeń jest potężna. Sama staram się regularnie oddawać krew i chciałabym, żeby stało się to bardziej powszechne. A w tym cieście są przecież buraki, które pięknie podnoszą poziom czerwonych krwinek i najbardziej wartościowa gorzka czekolada, która podnosi z kolei poziom cukru, zapobiegając zasłabnięciom po oddaniu krwi. Dla krwiodawcy nie ma po prostu lepszej receptury! Jeśli ktoś jeszcze nigdy nie dzielił się krwią, może to ciacho go przekona!

Składniki:

250 g rozpuszczonej, gorzkiej czekolady 
(użyłam 2,5 tabliczki wedlowskiej Jedynej)
3 jajka
200 g brązowego cukru 
(dałam biały, bo brązowego unikam z uporem maniaka, jako produktu obcego)
100 ml oleju
(namiętnie używam ulubionego słonecznikowego)
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
(akurat mi wyszedł i użyłam aromatu cytrynowego)
10 dag mąki
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
5 dag mielonych migdałów
(okazało się, że w mojej paczuszce zostało niespełna 20 g, dopełniłam różnicę zmielonym słonecznikiem)
25 dag surowych buraków startych na drobnych oczkach 

Wykonanie:

Zaczęłam od starcia buraka i to były najwyższe schody w tym przepisie. Buraka trze się po prostu okropnie. Ale dalej poszło już jak z płatka. Jajka, w całości zmiksowałam z olejem, wrzuciłam całą resztę składników i wymieszałam drewnianą łyżką. Gotowe ciasto przelałam do tortownicy 22 cm (Pinkcake, wcale nie była za duża - wyszedł mi prawdziwy tort!). Piekłam niecałą godzinę. 

Wyszło cudowne, niezwykle mięciutkie brownies. Pozwoliłam mu przestygnąć, a później po prostu zalałam polewą.

Składniki polewy:

10 dag  rozpuszczonej, gorzkiej czekolady
(kolejna tabliczka "Jedynej")
10 dag cukru
10 dag kwaśnej śmietany
(użyłam 18%)

Wystarczy zmiksować. 



O ile ciasto jest fantastyczne, to polewa jakoś mi nie podeszła. Jest ciągnąca, przeraźliwie słodka i nie można domiksować cukru. Właściwie to taki czekoladowy lukier. Już teraz wiem, że następnym razem użyję starego, dobrego przepisu na wytrawną polewę czekoladową z kakao, za to bez cukru. Bo następny raz będzie na pewno.

Marchewkowe rogaliki też upiekłam, ale pojawią się za kilka dni, bo jakoś i tak mi się ten wpis wydłużył. 

S m a c z n e  g o !

czwartek, 21 października 2010

Jabłkowe Marmoladki

Ufff . . . ! Doczekałam się. Umieszczenie blogu na durszlaku i dołączenie do akcji trwało ponad tydzień. Ale nareszcie jestem! A ponieważ przepisy od dawna przygotowane i obfotografowane, pora zabrać się do roboty. Tym sposobem zaczynam od przyłączenia się do akcji: Sezon na jabłka organizowanej przez Olciaky.

Jabłko to owoc magiczny - rajski, kuszący i . . . swojski.Właściwie to jedyna świeża podstawa owocowych wypieków na całą zimę. Tani i powszechnie dostępny. Jedzony od pokoleń. 

Zaczynam więc od pewnego staromodnego przepisu, który kusił mnie od lat. Marmoladki, czyli rodzaj staroświeckich cukierków, dziś już właściwie zapomnianych. Znałam je prawie wyłącznie z literatury i przez lata marzyłam o odtworzeniu tego przepisu. Udało mi się go wreszcie znaleźć w książce Macieja Kuronia, która, niestety, zaginęła mi gdzieś w tłoku, nie jestem więc w stanie podać dokładnego tytułu. Wymagają trochę starań, odrobiny czasu i masy cierpliwości, ale ze względu na ich urok, taki trochę retro, naprawdę warto spróbować. 

Smakiem może nie zachwyciły, ale z całą pewnością są zdrowszą, pozbawioną chemii alternatywą dla kupnych galaretek, które co roku pojawiają się na świątecznych stołach (u nas stoi zawsze patera z cukierkami). 

Z tego przepisu wychodzi porcja cukierków swobodnie, choć na trzech piętrach wypełniająca pudełko po wedlowskim ptasim mleczku.  

Jabłkowe Marmoladki


Składniki:

2 kg jabłek
(im bardziej kwaśne, tym lepsze)
15 dag cukru
gruby cukier kryształ do obtoczenia

Wykonanie:

Jabłka należy podzielić na ćwiartki, wyciąć gniazda nasienne i obrać. Następnie ułożyć na blasze i upiec. Nie podam sztywnej temperatury, bo jest mało istotna (może tylko, żeby nie była przesadnie niska - jabłka mają sie upiec, a nie ususzyć, powiedzmy, że w porywach do 200 stopni), ani czasu, bo to zależy od wybranej odmiany. Chodzi po prostu o to, żeby jabłka zrobiły się całkowicie miękkie i puściły sok. 
Kiedy wystygną, przecieramy je przez durszlak albo sitko. Jest to czynność prosta, choć wymagająca nieco czasu i siły. Ja, dla  wygody, zawiesiłam po prostu durszlak za uszy na garnku, wrzuciłam do niego jabłka i mieszałam i przyciskałam je drewnianą łyżką. Na tym etapie nie wygląda to specjalnie zachęcająco, bo w efekcie otrzymałam brzydką, brunatną papkę, przypominającą wyglądem zawartość słoiczków dla niemowląt. Ale niech to nikogo nie zrazi - wygląd specyfiku się zmieni, to tylko faza przejściowa. 



Otrzymaną papkę stawiamy na małym ogniu i cierpliwie wysmażamy z dodatkiem cukru. Ilość cukru może ulec zmianie w zależności od preferencji smakowych, ale jego dodatek jest niezbędny ze względu na właściwości konserwujące. Na tym etapie też nie jestem w stanie podać ilości potrzebnego czasu. Na oko trwa to około 2 godzin. Chodzi o to, by otrzymać bardzo gęstą, galaretowatą, sztywną konfiturę. Im będzie twardsza, tym lepszy będzie efekt końcowy. W pierwszej próbie tego nie zrobiłam, ale cukierki aż proszą sie o jakiś aromatyczno-smakowy dodatek, który trochę przełamie ich smak. Może odrobina soku z cytryny albo mięty?
Taką konfiturę rozsmarowałam na papierze do pieczenia (może być też pergamin) na grubość ok. 1 cm i zostawiłam na noc do porządnego zastygnięcia. Następnego dnia przykryłam papierem i odwróciłam. Zdjęłam górną warstwę papieru (która dzień wcześniej była spodem) i zostawiłam do wysuszenia na 3 dni. Warto kilkukrotnie w tym czasie powtórzyć procedurę odwracania masy. W oryginale marmoladki powinny być suszone na sitach, ale wątpię, żeby odpowiednio wielkie sita były powszechnie dostępne. Ja takich nie posiadam, dlatego radziłam sobie z papierem. A marmoladki suszyłam między oknami, żeby miały przewiew. 
Pozostaje już tylko formowanie cukierków. Posłużyłam się najmniejszą foremką do pierników, tym którzy posiadają tylko te duże, polecam kieliszek do wódki. Z masy marmoladkowej wycinałam nieduże cukierki i obtaczałam je w grubym cukrze krysztale. 



Tak przyrządzone marmoladki dość długo zachowują świeżość, spokojnie bez żadnych dodatkowych zabiegów, można je przechowywać nawet do trzech tygodni. Myślę sobie, że kilku znajomych otrzyma ode mnie pudełeczka takich cukierków w ramach gwiazdkowych upominków. 

A ponieważ przepis jest rzeczywiście bardzo, bardzo retro, zdecydowałam się umieścić go również w akcji Kulinarne Perły z Lamusa.
S m a c z n e g o !

środa, 20 października 2010

WP#89 przedstawia: Maślane Bułeczki

Są cudowne, w naszej małej chatce zrobiły prawdziwą furrorę. AniMojej Małej Kuchni, która zaproponowała te bułeczki w Weekendowej Piekarni jestem za ten przepis dozgonnie wdzięczna. Po raz pierwszy nawet w oczach Ojca, który toleruje tylko całkowicie pszenne, miękkie pieczywo (którego ja zazwyczaj nie piekę) i nie jada zwykłych bułek, bo mają zbyt twardą skórkę, pokonałam nasz ulubiony sklepik z pieczywem. 

Bułeczki są bajecznie miękkie, mocne, ale nie gliniaste. Oczywiście, jak to ja, wprowadziłam do przepisu drobne modyfikacje. Przyznaję, że nie miałam zbyt wiele czasu na ich przygotowanie, więc nie dzieliłam ciasta starannie, na równe porcje, tylko po prostu rwałam palcami. Skutkiem tego wyszło mi 10 bułek-olbrzymek, które w dodatku rosły z takim zapałem, że nieco przypominają brioszki. 

M i ę k k i e    M a ś l a n e    B u ł e c z k i



Składniki:

(z niewielkimi modyfikacjami dla wygody odważania)

75 dag mąki pszennej (nie jestem ortodoksem - jeśli chodzi o mąkę pszenną to jakoś niespecjalnie przejmuję się typami)
300 ml wody
1 jajko
5 dag masła (stopione i wystudzone))
5 dag cukru
4 dag mleka w proszku
15 g soli
4 dag świeżych drożdży
 (+50 ml mleka na rozczyn i 1 łyżeczka cukru)
Wykonanie:
Mimo, że nie było tego w przepisie przygotowanie bułeczek zaczęłam od zaczynu. Podgrzałam delikatnie odrobinę mleka z cukrem, rozpuściłam w nim drożdże, zasypałam odrobiną mąki i odstawiłam na kwadrans. 

Po tym czasie po prostu wrzuciłam wszystkie skłądniki do robota i wyrabiałam 2 minuty na programie do ciasta drożdżowego. Następnie nakryłam lnianą ściereczką i odstawiłam na godzinę do wyrośnięcia.

Po tym czasie odrywałam kawałeczki ciasta formując z nich bułki, które od razu układałam na natłuszczonej blasze. Odstawiłam do wyrośnięcia na 45 minut. 

Bułeczki posmarowałam mlekiem i wstawiłam blachę do zimnego piekarnika pozwalając temperaturze rosnąć do max. 200 stopni. Trwało to około pół godziny. Po wyjęciu z piekarnika, jeszcze gorące bułeczki smarowałam roztopionym masłem. 


S m a c z n e g o !

środa, 13 października 2010

Improwizacja rybno-brokułowa

Czyli obiad, który zaczął się od tego, że w domu nic nie było. Na zakupy się iść nie chciało, wiec trzeba było trochę potworzyć z żelaznego  repertuaru produktów. Pierwszy krok to otworzenie zamrażalnika, bo zwykle coś w nim jest, pierś z kurczaka albo parówki, albo ryba, albo mielone. Tym razem była ryba. Morszczuk. I proszę mi tu nie kręcić nosami - ja lubię. Nie przepdama za łososiem, panga  i sola nie mają dla mnie smaku. A morszczuka i dorsza mogę pochłaniać na tony. Trochę inaczej to wygląda nad morzem, gdzie kupuje się rybkę prosto z kutra,  ale zimą tylko morszczuk i dorsz. 

Skoro był morszczuk, to się uspokoiłam. Baza, znaczy się, jest. Ruszyłam na poszukiwania wypełniacza: - ryżu-brak, kaszy-brak, ziemniaków-brak, pieczywa-brak, makaronu-brak . . . o, Matko! Dobra, ryżu w ogródku w 2 godziny nie wyhoduję, ale pieczywo mogę wykombinować. Mąki? Są, no to damy radę. 

No i lodówka . . . brokuł - bo wczoraj do zupy kupiliśmy oboje, cytryna - bo zimno, cebula jak zwykle, śmietana i jogurt - jak zwykle. No i obiad był. A zaczęłam od bułeczek. Skoro wypadło jakoś tak upiornie zdrowo, na rybę z warzywami, to i pieczywko musiało się dopasować (no, dobra - zwykłej, białej pszennej mąki też nie było i proszę się nie śmiać - robię właśnie prace zlecone i nie mam czasu na bieganie po sklepach, skoro w domu jeszcze coś jest). I tak właśnie powstały:



A b s o l u t n i e    Z d r o w e     B u ł e c z k i
(razem z procesem myślowym)

Składniki:

Zwykle na porcję 6-8 bułek (zależnie od wielkości) trzeba jakieś 1/2 kg mąki, połowę tej ilości płynu i opakowanie drożdży instant. Można zrobić dodatek jajeczny lub tłuszczowy, ale przecież nie do razowców. Tak generalnie wygląda ciasto-baza. Jeśli mąka jest twardsza, trzeba proporcjonalnie zmniejszać jej ilość zwiększając ilość płynu. U mnie obliczenia wyszły tak: 

1 kubek mleka
(kubki mam trochę większe niż szklanki, powiedzmy, że ok.300ml)
25 dag mąki pszennej razowej,
15 dag mąki żytniej
Zwykle na taką porcje potrzeba łyżeczkę soli, ale przy braku mąki pszennej, albo wysokiej zawartości innej, mocniejszej mąki warto pokusić się jeszcze o cukier.
1,5 łyżeczki soli
1,5 łyżeczki cukru
10 g świeżych drożdży (Nie używam drożdży instant, bo są dla mnie sztuczne, w przeciwieństwie do świeżych, które są żywym organizmem. Opakowanie drożdży instant to 7g - przy przekładaniu tego na drożdże świeże wagę produktu trzeba podwoić. Wychodziłoby więc 14 g. Ale ja wolę po prostu, żeby ciasto troszkę dłużej rosło, a mniej smakowało drożdżami. No i 10 g łatwiej odciąć "na oko" niż 14 g . . . 

Wykonanie:

U mnie wszystko co drożdżowe, zaczyna się od zaczynu. Drożdże muszą coś zjeść, żeby mieć siłę do spulchniania moich wypieków. Zaczynam więc od podgrzania mleka z cukrem, do ciepłego wkruszam drożdże, mieszam, zasypuję odrobiną mąki, przykrywam lnianą ściereczką i odstawiam na kwadrans. 

Do robota wsypuję mąki i sól, wlewam zaczyn i wyrabiam 2 minuty na programie do ciasta drożdżowego. A później odstawiam na godzinkę do wyrośnięcia. Formuję okrągłe bułeczki, układam na blasze, obsypuję mąką (do razowców jakoś mi glazura nie pasuje) i daję im jeszcze 45 minut. Drugie rośnięcie musi być krótsze od pierwszego przynajmniej o kwadrans, żeby pieczywo nie miało zbyt grubej skórki. Przy białym pieczywie wystarczyłoby 45 i 20 minut. 

Po tym czasie w każdej bułeczce robię drewnianym patyczkiem "przedziałek" i wstawiam do zimnego piekarnika. Piecze się to 25 minut, rozpędzając piekarnik na najwyższe obroty. 

Dobra bułki są, a ja w przerwach między czynnościami, które zajmowały mi po 2 minuty miałam ponad 2 godziny przerwy na pracę. Wycieczka do sklepu byłaby bardziej kłopotliwa czasowo. Bardzo zadowolona z siebie mogłam kombinować dalej. Brokuł już mi się ugotował (zapomniałam napisać, że wcześniej wrzuciłam go do garnka z odrobiną soli i cukru, podzielonego na różyczki). Odcedziłam go niezbyt dokładnie, dorzuciłam posiekaną cebulkę i zostawiłam, żeby się trochę poddusiło. Do podduszonego wlałam cały kubeczek śmietany 18% (może być jogurt, ale ja ma w domu mężczyznę do wykarmienia - ryba, brokuł i ciemne pieczywo to już i tak poświęcenie z jego strony. No i ze śmietaną jest lepsza konsystencja.) Doprawiłam (głównie czosnkiem), zamieszałam i jest sos. 


Wystarczyło już tylko usmażyć rybę, ale o tym chyba pisać nie muszę. Zamrożoną sypię solą, na odczepnego panieruję w bułce (bez jajka) i wrzucam na gorący tłuszcz. Przyprawy jakie kto lubi, mnie wystarcza plasterek cytryny. 
Jeśli ktoś chce zrobić coś ultra, maniacko zdrowo i dietetycznie, oprócz jogurtu w sosie można rybę ugotować na parze, albo zgrillować, choćby i w kuchence mikrofalowej. Albo upiec w piekarniku. Ale nie ma nic lepszego niż ryba na masełku, bez przesady.  
Bez bicia się przyznaję, że wszystkie moje improwizacje wyglądają na ogół bardzo podobnie. 

S m a c z n e g o!

wtorek, 12 października 2010

WP#88 przedstawia: Pogacze Maślane

To drugie podejście do wytrawnych, węgierskich ciasteczek. Ten przepis jest znacznie lepszy od poprzedniego, tym razem, na upartego, można już nawet mówić  bułeczkach. No i trochę przepis zmodyfikowałam. Stwierdziłam, że skoro tak doskonale pasują mi do wina, to można spróbować je trochę sfrancuzczyć.
Zdecydowałam się na dodatek sera pleśniowego i ziół prowansalskich. Dla zachowania węgierskiego charakteru w przepisie pojawiła się też sproszkowana papryka. 

Przypominam, że pogacze to wypiek z Weekendowej Piekarni którą w tym tygodniu prowadziła Natalia z Kuchennej Szkoły Przetrwania.

Jeszcze jedna uwaga. Wiem, że w większości domów masło zastępuje się margaryną do pieczenia. W ciastkach kruchych i zbliżonych do francuskich, po prostu nie wolno tego robić. Masło to kwintesencja smaku tego przepisu. 

P o g a c z e    m a ś l a n e    z    p a p r y k ą    i    s e r e m 




Składniki:

1 łyżeczka sproszkowanej, słodkiej papryki
5 dag sera typu camembert
25 dag mąki
5 g świeżych drożdży
1 zółtko
1/2 kostki masła
szczypta soli
50 ml kwaśnej śmietany
1 łyżka letniego mleka,
białko na glazurę,
sproszkowana, słodka papryka i zioła prowansalskie do posypania
Wykonanie:

Drobno posiekałam ser. Pokruszone drożdże zasypałam cukrem, zalałam letnim mlekiem i odstawiłam na kwadrans do wyrośnięcia, a następnie wyrobiłam z resztą składników jak kruche ciasto. Rozwałkowałam ciasto w prostokąt, dwa krótsze brzegi zawinęłam do środka i złożyłam jak książkę. Uzyskany prostokącik zawinęłam w lnianą ściereczkę i wstawiłam na 20 minut do lodówki. Procedurę wałkowania i chłodzenia powtórzyłam czterokrotnie. 
Po ostatnim wałkowaniu wierzch ciasta ponacinałam w drobną krateczkę i kieliszkiem do wina o nieco mniejszym od szklanki obwodziw wycinałam drobne ciasteczka. Smarowałam białkiem, posypałam papryką i ziołami. Piekłam je 40 minut w 180 stopniach, ale wstawiałam do zimnego piekarnika, żeby ładniej rosły.
Z takiej połowy porcji wyszły mi 22 ciasteczka. 

S m a c z n e g o !

poniedziałek, 11 października 2010

Zabawa w hamburgera

Do zrobienia domowych hamburgerów zainspirowała mnie kilka tygodni temu Malwinna z Filozofii Smaku. W dużej mierze posłużyłam się właśnie Jej przepisem, wprowadzając niewielkie tylko modyfikacje. Przede wszystkim uznałam, że zamiast podawać hamburgery klasycznie, w bułce można je jak układankę wykorzystać do towarzyskiej zabawy przy stole. Wszystkie elementy podałam więc osobno pozwalając gościom na tworzenie dowolnych zestawień. 


Zaczęłam, oczywiście, od upieczenia bułeczek. Polecam je z czystym sumieniem, bo są naprawdę fantastyczne. Rosną jak złoto, a do tego wychodzą leciutkie, puchate i nie ciągną się jak te kupne, więc znacznie łatwiej się je zjada. 

B u ł e c z k i    H a m b u r g e r ó w k i

Składniki (na 8 bułeczek):
3/4 szklanki mleka
2 łyżki oleju słonecznikowego
(w oryginale było tu roztopione, ostudzone masło, ale zastąpienie go olejem to moja stara sztuczka w przypadku wypieków drożdżowych, która znacząco przedłuża ich świeżość)
1,5 łyżki cukru
3/4 łyżeczki soli
10 g świeżych drożdży
(w oryginale 1 łyżeczka , czyli około 5g drożdży instant, ale unikam chemii)
1 jajko
2,5 szklanki mąki
1 jajko i 1 łyżka mleka na glazurę
sezam do posypania bułek



Wykonanie: 

Mleko podgrzałam z cukrem i olejem. Wkruszyłam drożdże, rozmieszałam, zasypałam odrobiną mąki i odstawiłam na kwadrans, żeby drożdże zaczęły pracować. 
Dodałam jajko, sól, połowę mąki i wyrabiałam dwie minuty w robocie na programie do ciasta drożdżowego. Wsypałam resztę mąki i wyrabiałam jeszcze minutę. 
Przykryłam miskę lnianą ściereczkę i odstawiłam na 45 minut w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Po tym czasie uformowałam z ciasta 8 bułeczek, które dość mocno spłaszczyłam dłonią. Ułożyłam na natłuszczonej blasze i odstawiłam na kolejne 45 minut.
Po tym czasie posmarowałam glazurą z jajk i mleka, posypałam sezamem i wstawiłam do piekarnika. Piekłam je w 200 stopniach około 20 minut.


Kolejny krok to, oczywiście, hamburgery. I tu zmian wprowadziłam najwięcej. Przede wszystkim wybrałam wariant nieco droższy, ale odrobinę prawdziwszy i zdrowszy. Mięso wołowo-wieprzowe zamieniłam na tatara. Oryginalne hamburgery robione są, moim zdaniem z wołowiny, a ponadto najchudsza wołowina to lepszy wybór i smakowo, i ze względu na zawartość cholesterolu. Ponadto nie wszyscy w naszym domu lubią kminek, zastąpiłam go więc czosnkiem. No i podwoiłam ilość mięsa - z doświadczenia wiem, że pozbawione otoczki mąki strasznie się kurczy na patelni, a przecież nie można mięsa w bułce szukać pod mikroskopem. Dodałam jeszcze szypiorek i ser.
H a m b u r g e r y

Składniki:

1 kg chudej, mielonej wołowiny (użyłam tatara)
3 łyżki ostrej musztardy (podobnie jak Malwinna użyłam rosyjskiej)
sól, pieprz, sproszkowana słodka papryka
posiekany czosnek i szczypiorek
8 plastrów sera tostowego



Wykonanie:

Mięso wyrobiłam z wszystkim dodatkami i uformowałam z niego 8 ogromych, okrągłych, bardzo płaskich kotletów. Smażyłam na bardzo gorącym tłuszczu około 10 minut z każdej strony. Najlepiej byłoby zgrillować, ale akurat teraz grill w mojej mikrofali odmówił posłuszeństwa, a na taki ogrodowy już trochę za zimno. Natomiast specjalnej płyty do smażenie hamburgerów po prostu nie posiadam. 
Na ostatnią minutę smażenia na każdym kotlecie położyłam porwany na kawałki (żeby nie ściekał) plaster sera tostowego i przykryłam patelnię, żeby ser sie stopił. 



Zostały już tylko dodatki. Na stół powędrował ketchup, majonez, musztarda. I talerz z sałatą, plastrami pomidora i kiszonego ogórka oraz posiekaną cebulką. Tak jak pisałam, najlepszy smak każdy kombinował sobie sam i okazało się to doskonałym pomysłem, bo dostarczyło dodatkowo świetnej zabawy. I wszystko zniknęło.


S m a c z n e g o !

niedziela, 10 października 2010

WP#88 przedstawia: Serowe Pogacze

Tym razem Weekendowa Piekarnia pod wodzą Natalii z Kuchennej Szkoły Przetrwania nieźle mnie zaskoczyła. Nie zaproponowano ani chleba, ani bułeczek. Były za to kruche, wytrawne, wielowarstwowe ciasteczka do piwa lub wina. Kto bywał w winiarniach Europy południowej, zna je pewnie doskonale.
Z dwóch propozycji wybrałam wersję serową, bo ser mogę jadać w każdej postaci. A ponadto miałam akurat pod ręką lekką nadwyżkę kremowego, domowego twarożku. Choć wyszło nietypowo, to jednak bardzo smacznie. Upiekłam je z połowy porcji, całkiem niepotrzebnie - zniknęły w ciągu kwadransa. I, rzeczywiście, cudownie wchodzą pod wino. 

P o g a c z e    S e r o w e



Składniki (na 10 ciasteczek):

15 dag kremowego twarożku
15 dag mąki
15 dag masła
2,5 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli

Wykonanie:

Przesianą mąke wymieszałam z proszkiem do pieczenia (proszek wcześniej zneutralizowałam sokiem z cytryny, tak jak opisywałam to już wcześniej). Zagniotłam z resztą składników jak kruche ciasto, zawinęłam w woreczek i wsadziłam na 2 godziny do lodówki. Trochę się kleiło, ale uznałam, że tak ma być. 
I zaczęła się zabawa z wałkowaniem, bardzo zbliżona do wałkowania ciasta francuskiego, tylko już bez masła. Ciasto należy rozwałkować w prostokąt i złożyć tak, jakby zamykano okno, czyli krótsze boki złożyć do środka, żeby zetknęły się ze sobą. Następnie całość złożyć na pół jak książkę, właśnie wzdłuż linii tych stykających się końców. Powtórzyłam całą procedurę pięciokrotnie.
Kolejnym krokiem jest ozdobne ponacinanie wierzchniej warstwy ciasta w krateczkę o boku 1 cm. Dalej wycięłam szklanką 10 kółeczek. Ułożyłam na blasze i piekłam 35 minut w 180 stopniach. 



Natalia znalazła przepis na te ciasteczka w książce o kuchni węgierskiej. Aż mnie kusiło, żeby dodać do nich trochę czuszki albo czosnku, tym razem jednak się powstrzymałam. Tym razem, bo dodatki w pogaczach są całkowicie naturalne. Na Bałkanach nadziewają je tak, jak my pierogi - kapustą, tłuszczem zwierzęcym. A mnie kusi ostra papryka . . .

Może spróbuję tego dodatku w tej drugiej, maślano-drożdżowej wersji ? Niby kruche ciasteczka niewielka sztuka, ale jako początkująca postaram sie być pilna i upiec obie propozycje. 

No i koniecznie muszę kupić tokaj. Albo chociaż porządny miód pitny.

S m a c z n e g o !

sobota, 9 października 2010

Pożegnalne Muffinki

No może nie do końca muffinki. Może raczej "Pożegnalne Babeczki". A wszystko przez moje ciągoty do kuchni retro. Zbuntowałam się przeciwko amerykańskości i zamiast w pilotkach upiekłam je w takich staroświeckich, metalowych foremkach do kruchych babeczek, które należały jeszcze do mojej Babci. 



A pożegnalne, bo chciałam się jakoś sympatycznie pożegnać z załogą Szklanego Wieżowca. No i w ramach pożegnania zaniosłam im babeczki na osłodę szczurzego, korporacyjnego życia. Przepis pożyczyłam sobie od Dorotus z blogu Moje Wypieki . Podpasował mi tematycznie. Muffinki kawowo-czekoladowe, lekko piekielne w kolorze i bez przesadnej słodyczy, a w dodatku w Szklanym Wieżowcu kawę piło się na hektolitry. Oryginalnie nazywają się inaczej, ale mieszanka kawy i czekolady aż się prosi o nazwę:

B a b e c z k i    M o c c a


Składniki:

1/2 kostki miękkiego masła
125 g cukru (w oryginale Muscovado)
2 jajka
125 g mąki
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżka kakao
1 łyżka mielonej kawy naturalnej (w oryginale espresso w proszku)
50 g gorzkiej czekolady ( u mnie wedlowska "Jedyna")
1-2 łyżki mleka (jedna wystarczyła w zupełności)

Wykonanie: 

Z racji utrudnienia sobie roboty metalowymi foremkami, zaczęłam właśnie od nich. Wymagają solidnego natłuszczenia i wysypania bułką tartą, co trochę przy takich drobiazgach jednak trwa.
Utarłam mikserem masło z cukrem, aż na puszysty krem. Taki puch zmiksowałam z jajkami. Zmieszałam ze sobą wszystko "sypkie" czyli mąkę, kakao, kawę, sodę i proszek i ciągle miksując stopniowo dodawałam do masy maślano-jajecznej.Na końcu dorzuciłam roztopioną w mikrofali czekoladę i jeszcze raz przemieszałam mikserem. I właściwie tyle. Ponieważ pięknie rosną, wyszło mi z takiej porcji nie 12, a 20 babeczek. 
Piekłam w 200 stopniach metodą "do suchego patyczka". 
Jeszcze gorące babeczki wyjmowałam z foremek natychmiast po wyjęciu ich z piekarnika. A po ostygnięciu smarowałam gęstą polewą zrobioną z tabliczki gorzkiej czekolady z dodatkiem odrobiny masła i łyżką kawy. Na wierzchu układałam białą chmurkę z płatków migdałowych.  


Babeczki są prawie doskonałe - mieciutkie, niesłychanie puszyste. Ale przecież nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie pozmieniała. Natchnieniem okazała się moja Mama, która akurat opowiadała, że właśnie jadła gdzieś muffinki z jabłkami. A ponieważ to czas szarlotek, natychmiast na bazie tego samego przepisu skomponowałam sobie:

C y n a m o n o w e    B a b e c z k i    z    J a b ł k i e m

Składniki: 

1/2 kostki miękkiego masła,
125 g cukru
125 g mąki
2 jajka
1 łyżeczka cynamonu
po 1/2 łyżeczki sody i proszku do pieczenia
2 jabłka drobno posiekane i podsmażone z cukrem i cynamonem jak do szarlotki



Wykonanie:

Praktycznie dokładnie tak jak w przepisie powyżej. Masło utarłam z cukrem, dodałam jajka, a potem do masy maślano-jajecznej stopniowo wszystko sypkie. 
Najpierw wypełniłam babeczki (tym razem wyszły 24) połową ciasta, do każdej foremki nałożyłam po łyżeczce jabłek i zalałam resztą ciasta. 
Piekłam tak samo. Wierzch dekorowałam lukrem ukręconym z cukru pudru i soku cytrynowego. 

PS. A propos cytryny . . . kiedyś koleżanka zdradziła mi świetny sposób na zniwelowanie smaku proszku do pieczenia, który niektórych trochę drażni. Przed dodaniem do ciasta wystarczy skropić go sokiem z cytryny. Spieni się od razu i w żołądku już nie musuje. W rośnięciu ciasta to nie przeszkadza, a działa - wypróbowałam.

S m a c z n e g o !

czwartek, 7 października 2010

Ostatnie tchnienie lata

Złota jesień już powoli odchodzi. Moja spiżarnia coraz bardziej pęka w szwach. Półki uginają się od słoiczków z truskawkami, wiśniami, śliwkami, pomidorami, ogórkami, grzybami, fasolką i papryką w tysiącu wersji. Przede mną jeszcze dynia, jabłka, gruszki, buraczki . . . ale o przetworach będzie innym razem. Wspominam o tym właściwie tylko dlatego, żeby wytłumaczyć, skąd ostatnio ten okropny czasowy deficyt. Po prostu tonę w słoikach i słoiczkach. Oczywiście, z ogromną przyjemnością. 

A jednak znalazłam wczoraj dłuższą chwilę na obiad, który każdej jesieni musi choć raz pojawić się na naszym stole. Praco - (a właściwie czaso - ) chłonny, bardzo tradycyjny, ale absolutnie wart zachodu jako wspomnienie z Babcinej Kuchni. Zwykle zaczyna u nas lato w wersji z truskawkami i kończy ze śliwkami. Knedle.

Oczywiście, nazwa nieco myląca. Czesi jako knedel rozumieją zupełnie inną potrawę (też kiedyś podam przepis na prawdziwe, czeskie knedle). Ale w Polsce oznacza to miękką, ziemniaczaną pyzę z nadzieniem. Można ją nadziewać mięsem, grzybami i kapustą. Ale granice lata wyznaczają wersje słodkie z sezonowymi owocami. U nas w domu zjada się je posypane cukrem i polane śmietanką. Kaloryczne, ale pyszne!



K n e d l e    z e    ś l i w k a m i

Składniki:

1/2 kg ziemniaków
1/2 kg mąki
2 jajka
1/2 kg śliwek węgierek

Wykonanie:

Ziemniaki obieram i gotuję, zupełnie tak samo jak na obiad. A później trzeba je dokładnie wystudzić, więc najlepiej zająć sie tym rano. Zimne ziemniaki przepuszczam przez maszynkę do mielenia mięsa, a później zagniatam na gładkie ciasto z mąką i jajkami.Zwykle trzeba jeszcze podsypać mąką, bo ciasta bardzo się klei, ale ostrożnie - im mniej mąki tym ciasto będzie bardziej miękkie i puszyste.
Śliwki pestkuję i dzielę na połówki.
Z ciasta odrywam kawałeczki, rozpłaszczam na dłoni. Na każdym kawałku ciasta układam połówkę, albo ćwiartkę śliwki, zlepiam jak pieruk i kulam w dłoniach, żeby uformować kulkę.
W wielkim garnku gotuję osoloną wodę, wrzucam kulki na wrzątek (osobiście lubię robić takie ogromne kule, więc gotowanie idzie na trzy porcje), mieszam i gotuję do wypłynięcia. A później jeszcze około 10 minut, ale czas zależy tu głównie od wielkości knedli. 
Gorące wykładam na talerze. Śmietankę i cukier każdy porcjuje sobie sam. 

S m a c z n e g o !

środa, 6 października 2010

Chlebek cytrynowy WP#87

Żeby obowiązkom stało się zadość: Weekendową Piekarnię #87 prowadziła Magda z bloga Vege Świat. 

Do przepisu podchodziłam dwukrotnie. Z oryginalnego przepisu chlebek wyszedł ogromny i . . . bardzo płaski, zdecydowałam się więc na poprawkę. Był bardzo dobry, ale nie idealny. Myślę, że winna była hydracja. Ciasto było po prostu zbyt luźne, żeby uformować ładny bochenek, mimo trzymania go w formie. Za to, rzeczywiście pulchniutki, z fantastyczną, chrupiącą skórką i niezwykle aromatyczny.

C h l e b e k    c y t r y n o w y  - podejście I

Składniki:

2,5 dag drożdży
500 ml wody
2 łyżki oliwy z oliwek 
20 g miodu
260 g mąki pszennej pełnoziarnistej
480 g mąki pszennej (chlebowej)
1 łyżeczka soli
1 cieniutko pokrojona cytryna
sól morska



Wykonanie:

Rozkruszyłam drożdże i wymieszałam w ciepłej wodzie. Dodałam oliwę i miód. Wymieszałam z mąkami i wyrobiłam w robocie na programie do ciasta drożdżowego (2 min). Dodałam sól i wyrabiałam jeszcze 1 minutę. 

Odstawiłam na 40 minut do wyrośnięcia w długiej, natłuszczonej keksówce. W tym czasie wyszorowałam szczoteczką cytrynę i pokroiłam ją w plasterki. Nastawiłam piekarnik na grzanie do 225 stopni i wstawiłam do niego blachę, żeby też się nagrzała. 

Wyrośnięty chlebek przełożyłam na omączoną blachę i obłożyłam plasterkami cytryny, posypałam solą morską. Uchyliłam piekarnik, na gorącą blachę wylałam wielki kubas wody i w taką parę szybko wstawiłam chleb na kratkę nad poprzednią blachę. Piekłam trochę dłużej, niż w przepisie, bo z racji tendencji do przypalania od spodu, mój piekarnik wyposażony jest w wielką dachówkę, która bardzo wolno oddaje ciepło.  


Już mówię co mi nie pasowała. Po pierwsze kształt - chlebek powinien być wyższy, a nie rozłazić się wszerz. Zdecydowałam się więc zmniejszyć zawartość wody o 25% i nie ryzykować - wsadziłam go do pieca w tej keksówce, w której rósł. Jak na potrzeby naszej małej rodzinki, bochen był zbyt wielki, zdecydowałam się więc upiec go z połowy porcji, ale nie zmniejszyłam ilości soli. Żeby otrzymać nieco wyraźniejszy smak, użyłam mąki graham zamiast pszennej razowej. No i cytryna - z racji niskiego wzrostu, chleb trzeba było kroić w bardzo grube kromi i rozkrawać jak bułki. Z tego powodu trzeba było ściągać plastry cytryny, co nie było łatwe. Dlatego na wierzchu ułożyłam tylko dwa plasterki w ramach dekoracji, a z reszty cytryny zdjęłam skókę, posiekałam i posypałam bochenek. A oto przepis w całości. 


C h l e b e k    c y t r y n o w y - podejście II

Składniki:
10 g drożdży
3/4 szklanki wody
1 łyżka oleju słonecznikowego (mam jednak takie bardziej lokalne upodobania)
1 płaska łyżeczka miodu
13 dag mąki graham
24 dag mąki pszennej
1 czubata łyżeczka soli
2 plasterki cytryny
posiekana skórka z 1 cytryny



Wykonanie:

Przepis przepisem, a ja nie wierzę chlebom bez zaczynu, więc zaczęłam nieco inaczej. Podgrzałam lekko wodę z miodem, dolałam oleju i wkruszyłam do niej drożdże. Zasypałam leciutko mąką i dałam mu kwadrans na wyrośnięcie. 
W tym czasie do robota wsypałam obie mąki, wlałam wyrośnięty zaczyn i wyrabiałam 2 min na programie do ciasta drożdżowego. Wrzuciłam sól i wyrabiałam jeszcze minutę. 
Przełożyłam ciasto do natłuszczonej i wysypanej bułką tartą keksówki. Odstawiłam do wyrośnięcia na godzinę. 
Po tym czasie ułożyłam na wierzchu plasterki cytryny i obsypałam bochenek skórką cytrynową. 
Piekłam identycznie jak poprzednio. Podczas rośnięcia chleba do piekarnika, na dolny poziom wsadziłam blachę i rozpoczęłam nagrzewanie do 225 stopni. Na gorącą blachę wylałam olbrzymi kubas wody i na kratkę położoną poziom wyżej niż blacha z wodą, w gorącą parę wetknęłam moją keksówkę. Zmniejszyłam temeraturę do 175 stopni i piekłam 30 minut. Po tym czasie otworzyłam piekarni, wypuściłam parę i piekłam jeszcze dobre 20 minut. 
Tym razem wyszedł genialny chlebek! 





S m a c z n e g o !