wtorek, 23 sierpnia 2011

Specjalnie dla Nazgulicy


Nazgulica sprawiła mi nieziemską radość. Zostawiła wczoraj komentarz, a nawet wyraziła życzenie. I ja, to pierwsze życzenie na moim blogu, jako całkiem przyzwoita Wiedźma, zamierzam spełnić. Szczególnie, że o ile dobrze wyczytałam na Jej blogu, Nazgulica miała niedawno imieniny. Niech więc to będzie jednocześnie prezent ode mnie.
Otóż, Nazgulica napisała wczoraj:

"Dlaczego ja jestem na diecie? *.*
Zamiast robić mi smaku mogłabyś wrzucić tu jakiś fajny dietetyczny przepis który byłby naprawdę smaczny ;)"


Kochana Nazgulico!

Co prawda, dieta jest całkowicie sprzeczna z moją filozofią, ale jednak, jak każda kobieta i ja czasami jej ulegam. Dlatego jakiś tam zestaw przepisów, owszem, mam. I specjalnie dla Ciebie zamierzam je teraz podać, mam nadzieję, że się przydadzą.

Zacznę może od tego, co już o dietach pisałam. Otóż sama będąc na diecie, zwykle mocno ograniczam mięso, za to zwiększam ilość jajek. Może dlatego wiem, że można zrobić jajecznicę i sadzone całkowicie bez tłuszczu. O takich właśnie dietetycznych sposobach na jajka, pisałam tutaj.


O, a tutaj jest przepis na domowy chlebek, w 100% razowy. Bardzo przydatny podczas diety. Znacznie bardziej sycący niż pieczywo chrupkie, niskokaloryczny i w dodatku, wspomaga trawienie. A jest prawdziwym chlebem, który wcale nie przypomina w smaku rozmoczonych w wodzie wiórów, jak większość pieczywa "fit" dostępnego w sklepach.






Kolejny post, który polecę Ci u siebie, to sposób na własnoręczne wykonanie nabiału. Zwykły biały ser z maślanki jest chudszy, niż chudy ser kupowany w sklepie, za to ma kremowość śmietankowego. Kiedy się znudzi w podstawowej formie, można wykonać z niego ser smażony, np. z koperkiem, który świetnie spisuje się na kanapkach jako zastępca wysokokalorycznego sera żółtego. A na dodatek sposób na przygotowanie domowego jogurtu. Wiele osób żaliło mi się, że jest z nim problem. Bo do odtłuszczonych dosypuje się kilogram cukru, a te bez cukru są tłuste. Ten jogurt można przygotować z odtłuszczonego mleka i dosłodzić słodzikiem. Link tutaj.



O, a tutaj udało mi się kiedyś stworzyć absolutnie autorski przepis na pyszną rybę w sosie brokułowym na bazie jogurtu. Gdyby ją zgrilloować, albo upiec w piekarniku (wystarczy ułożyć na folii aluminiowej, posypać solą i ulubionymi przyprawami i trzymać w piekarniku nagrzanym do 220 stopni do miękkości, zwykle wystarcza około 20 minut). Ja upiekłam do tej ryby ciemne bułeczki, ale myślę, że śmiało można ją też zjeść z ryżem.

A w razie gwałtownego kryzysu i potrzeby czegoś słodkiego, bo wiem z doświadczenia, że to podczas diety bywa ogromny problem, można zapodać sobie taką szarlotkę. Dużo jabłek, rodzynki, zaledwie odrobina cukru, kilka kropel rumu i suchary zamiast ciasta. W smaku naprawdę cudowne.





No dobrze. To tyle, jeśli chodzi o grzebanie w archiwach bloga. Ale mam jeszcze kilka niespodzianek, chociaż nie wszystkie sfotografowane i nie wszystkie są w pełni przepisami :) Mam nadzieję, Nazgulico, że się przydadzą. Nie byłabym przecież sobą, gdybym pominęła cukinię. A o tej porze roku to wręcz grzech odchudzać się bez jej pomocy :)

Cukinia duszona w jogurcie



Składniki:


  • 2 cukinie
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 łyżka oleju słonecznikowego
  • 300 ml jogurtu naturalnego 0%
  • 1 szklanka bulionu warzywnego
  • sól, pieprz do smaku
  • garść siekanego koperku

Wykonanie:

Cukinię kroję na plasterki, wrzucam na olej, na którym już zezłociły się dwa ząbki zmiażdżonego czosnku i smażę. Gdy wpije olej stopniowo podlewam bulionem, aż stanie się lekko szklista i zmięknie. Na koniec dolewam jogurt i doprawiam do smaku. Ta potrawa bardzo lubi dodatek czosnku i nie radzę z niego rezygnować. Jeśli lubisz jego smak, dodaj jeszcze ząbek na sam koniec. Jedzenie na diecie nie może być nijakie. Trzymam jeszcze chwilę na ogniu aż jogurt się zagotuje, wyłączam gaz i posypuję koperkiem. Można jeść samo, jest naprawdę pyszne, ale można potraktować też jako dodatek do pełnoziarnistego makaronu. 


Sałata Mojej Mamy



Mama zwykle przyrządza ją w pieć minut latem, kiedy zgłodniejemy wieczorem. Chodzi o to, żeby nie przesadzać z kaloriami na noc. I to jest najlepsza sałata, jaką w życiu jadłam, żaden olej, żaden ocet, tylko dobry, kwaśny gęsty jogurt. Najlepszy będzie bałkański, ale zależy to od tego jak bardzo rygorystyczna jest Twoja dieta. Możesz też użyć odtłuszczonego. Potrzebna jest sałata. Może być zwykła, ale najlepiej smakuje na mieszance. Dokładam zwykle trochę rukoli, szpinaku i lollo rosso. Do tego pomidor albo dwa w ósemkach, ogórek i rzodkiewki w plasterkach. Konieczne jest jajko, koniecznie jeszcze lekko ciepło. Do tego sól, pieprz i rzeczony jogurt. Wierz lub nie, ale to jest absolutnie przepyszne.

Kurczak z tzatzikami

To jest potrawa absolutnie leniwa i bardzo szybka. Czasami wracając z praca kupuje połówkę kurczaka z rożna. W domu zdejmuję z niego skórę i rwę mięso na drobne kawałeczki. Do jogurtu naturalnego dodaje trochę soku z cytryny, ścieram na grubej tarce świeżego ogórka, doprawiam solą i pieprzem, a później polewam tym sosem kurczaka. I już.

Pulpeciki w sosie jogurtowo-koperkowym

Ja za tym nie przepadam, bo nie lubię gotowanego mięsa. Ale moja Mama się zajada, może Tobie też podpasuje? Do drobiowego mięsa mielonego, zamiast bułki tartej dodaję kilka łyżek otrębów, wyrabiam z jajkiem i przyprawami. Później gotuję w drobiowym bulionie i na koniec zaciągam go jogurtem i dosypuję siekanego świeżego koperku ile się da. Najlepiej pasuje chyba do ryżu.

No i wreszcie mój faworyt, absolutnie ukochany przepis, który przygotowuję bez względu na dietę.

Roladki z kurczaka nadziewane twarożkiem 
zanurzone w sosie bazyliowym



Składniki: 

  • 2 piersi z kurczaka
  • 25 dag chudego, białego sera
  • 1/2 niedużej cebuli
  • pęczek szczypiorku
  • 1 kubeczek jogurtu naturalnego
  • 1 szklanka bulionu drobiowego
  • garść listków świeżej bazylii
  • sól, pieprz do smaku

Wykonanie:

Ser rozprowadzam łyżką jogurtu, by zamienił się w kremową pastę, doprawiam, mieszam z posiekana cebulką i szczypiorkiem. Piersi kurczaka rozbijam tłuczkiem i dzielę na 4 kotlety. Posypuję solą i pieprzem, nakładam do środka serek i zwijam w roladki. Zabezpieczam nitką, bo ten ser podczas pieczenia ma skłonności do wypływania i wykałaczka nie wystarczy. Ja te roladki grilluję, ale myślę, że można też obsmażyć na odrobinie tłuszczu, albo po prostu upiec w piekarniku. 
Podgrzewam bulion, zaciągam jogurtem (oczywiście najpierw kilka łyżek bulionu do jogurtu, a dopiero później jogurt do garnka) i pozwalam, żeby się zredukował do połowy. Wtedy dorzucam jeszcze posiekaną bazylię, doprawiam. Przekładam roladki do sosu i duszę w nim jeszcze powiedzmy, 20 minut. 
PS. Do roladek można włożyć właściwie wszystko. Mnie bardzo smakuje też wersja z suszonymi morelami, które wcześniej namaczam w soku pomarańczowym i posypuję białym pieprzem. Żeby pierś z kurczaka nie była taka sucha, warto wcześniej namoczyć ją w maślance.

Pewnie nikt w to nie uwierzy, ale mam też przepisy na ekstradietetyczne ciasta :) Wypróbowane i naprawdę dobre, ale i tak zalecam je z umiarem i tylko w razie gwałtownego kryzysu. Przygotowałam je kiedyś pod katem diety dr.Dukana.

Letnie ciasto z owocami



Składniki:

  • 1/2 kg mąki kukurydzianej
  • 5 białek jaj
  • 3 łyżki płynnego słodziku do pieczenia
  • 30 dag serka homogenizowanego
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 opakowanie kiślu wiśniowego
  • 1/2 kg wiśni lub innych owoców


Wykonanie:

Mąkę z serkiem, proszkiem do pieczenia i 2 łyżkami słodziku zagniatam na gładkie ciasto. Dzielę je na dwie kule w stosunku 2/3 i 1/3. Większą część rozwałkowuję na wielkość blachy, mniejszą chowam do zamrażalnika. Nakłuwam widelcem i podpiekam przez kwadrans w piekarniku nagrzanym do 180 stopni. Jeśli owoce są bardzo soczyste, mieszam je z kilkoma łyżkami mąki lub bułki tartej, żeby nie spowodowały zakalca. Białka ubijam z pozostałym słodzikiem na sztywną pianę. Owoce wykładam na ciasto, a na nich układam piane z białek. Na wierzch ścieram na tarce zamrożone ciasto. Piekę około godziny w 180 stopniach. 

Gdzieś mam jeszcze przepis na sernik, ale chwilowo zaginął. Jeśli znajdę dam znać. Moja Mama robiła też kiedyś taki podrabiany bigos; młodą kapustę gotowała w bulionie, mieszała z kiszoną, a później dodawała koncentrat pomidorowy, lekko podsmażone pieczarki, pokrojone w kostke piersi kurczaka i dusiła razem. Ale dokładnych proporcji nie znam. Może uda Ci się je wymyślić samodzielnie :)

Myślę, że o tej porze roku nie powinno być specjalnego problemu - sądzę, że większość włoskich past warzywnych, o ile uważać na ilość użytej oliwy i użyć pełnoziarnistego makaronu, nada się świetnie. A oprócz tego trwa przecież arbuzowe błogosławieństwo, arbuz to świetny, bardzo niskokaloryczny owoc.

Moim zdaniem, warto też zacząć od drobiazgów, a niemal każdy przepis da się dostosować do najostrzejszej nawet diety. Najchudsze znane mi mięso to pierś z kurczaka. W duecie z rybami. Czarne pieczywo zamiast białego. Słodzik zamiast cukru i jogurt zamiast śmietany. I dużo, dużo tego, pod czym uginają się teraz stragany; cukinii, bakłażanów, arbuzów, śliwek, jabłek, kabaczków, dyni, ogórków, pomidorów. Pułapką są podobno brzoskwinie, winogrona i banany. Para, grill i piekarnik zamiast smażenia. Do tego pięć regularnych posiłków przed 18:00 plus odrobina ruchu i chyba powinno wystarczyć? O, proszę jaka ja jestem mądra. Cóż, życzę powodzenia i wytrwałości, bo mnie nigdy nie starczyło jej do przestrzegania własnych mądrości. Za bardzo kocham gotować i jeść, wiec wolę być gruba i szczęśliwa :) Trzymam kciuki!

Mam nadzieję, że pomogłam i przynajmniej część tych przepisów Ci się przyda.

Smacznej diety!

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Zmiany, zmiany i Małgorzata

Ci, którzy odwiedzają mnie częściej, od razu zauważą jak bardzo moja chatka zmieniła się od wczoraj; nowe logo i szata graficzna. Uporządkowałam wreszcie spis treści. Podjęłam też ryzyko stworzenia strony bloga na facebooku, w końcu do odważnych świat należy :) Stworzyłam też dodatkowe podstrony, żebyśmy mogli poznać się lepiej i spróbować . . . zrealizować marzenia. Pewnie nie stanie się to  ciągu tygodnia, czy dwóch, ale może kiedyś gotowanie stanie się czymś więcej niż tylko pasją? W końcu każdemu wolno marzyć. Się zobaczy. Co do umieszczenia na blogu reklam, mam mieszane uczucia. Potestuję je przez miesiąc i sprawdzimy, na ile nie przeszkadzają :)

W każdym razie bardzo jestem ciekawa, jak Wam się te zmiany podobają? Chciałabym, żeby wszystkie osoby, które zdążyły już polubić mnie i moją kuchnię, nadal czuły się tu dobrze :)

 Moja Małgorzata przed wsunięciem do pieca

Ale, ale . . . to, że pozmieniałam trochę, nie znaczy jeszcze, że obejdzie się dziś bez gotowania! Może to trochę banalne, ale podobnie jak większa połowa(!) ludzkości jestem wielbicielką pizzy. Robiąc porządki odkryłam, że jeszcze nie podałam na nią przepisu! Spieszę więc nadrobić to niedopatrzenie. Przepis na ciasto dostałam do prawdziwego Włocha i bardzo polecam. Wychodzi z niego naprawdę dobra pizza, której nie czuć drożdżami, jak w większości pizzerii, a poza tym kawałki się nie zginają, co podobno jest najlepszym testem na jakość. 

W kwestii dodatków oświadczam, że jestem purystką. Najbardziej smakuje mi typowa margherita, bez żadnych dodatków. Sos pomidorowy, mozzarella i świeża bazylia w zupełności wystarczą mi do pełni szczęścia.

Nie będę tu przytaczać historii receptury, bo i tak wszyscy już ją znają. Napiszę tylko, że okazję do jej upieczenia miałam nawet podwójną. Zostało mi trochę marinary i akurat odwiedzili mnie Julka z Wojtkiem. Mam nadzieję, że wpadną tu na chwilkę, by wystawić jej recenzję :)

Pizza Małgorzaty
(porcja na 1 sztukę o średnicy ok.33 cm,
na grubym cieście)


 
Składniki na ciasto:

1 czubata szklanka mąki pszennej
ok. 1/2 łyżeczki swieżych drożdży
1/2 łyżeczki soli
1 łyżka oliwy z oliwek *
50 ml ciepłej wody

Dodatki:

200 ml sosu marinara
1 kulka mozzarelli **
porządna garść listków świeżej bazylii

Wykonanie:

Wszystkie składniki wrzuciłam do robota i miksowałam porządne 10 minut, aż wytworzyła się zwarta, pokryta glutenem kula, która łatwo odchodziła od brzegów miski. Wyrobione ciasto odstawiłam na godzinę do wyrośnięcia. Oblałam jeszcze tylko odrobinką oliwy, żeby nie przywarło do naczynia.
Po tym czasie wyjęłam ciasto z miski, krótko wyrobiłam, uformowałam z niego kulę i odstawiłam na kolejne 40 minut. Rozwałkowałam na okrągły placek i ułożyłam na specjalnym, dziurkowanym talerzu.***
Nabierką do zup rozprowadziłam na cieście sos marinara, ułożyłam na wierzchu plasterki sera i posypałam podartymi niezbyt drobno liśćmi bazylii. Natychmiast wsadziłam do nagrzanego piekarnika, żeby nie zdążyła zbyt mocno wyrosnąć. 
Piekłam niecały kwadrans w 200 stopniach. 



S m a c z n e g o !

* normalnie użyłabym oleju słonecznikowego, ale przecież nie w tym wypadku!
** ilość dowolna, spokojnie można użyć 2 lub 3, to tylko kwestia gustu. Ja akurat miałam w lodówce tylko jedną kulkę, więc po prostu domieszałam do sosu jeszcze trochę takiej startej
*** pizzę najlepiej piecze się na kamieniu, ale ja niestety, jeszcze nie dorobiłam się własnego, z braku może być nawet zwykła blacha, tortownica albo forma do tart.

sobota, 20 sierpnia 2011

Cukinia zapiekana na chrupiąco.

Ja nic na to nie poradzę. Ja je kocham bezgranicznie. Gdy kończy się jagodowo-truskawkowy lipiec i sierpień zaczyna mijać się z wrześniem, moja dieta zaczyna się składać z dwóch podstawowych składników: cukinii i bakłażana. Smażę je, grilluję, duszę, wrzucam do sosów i dodaję do makaronów, a przede wszystkim, zapiekam. 
Chwilowo więc odkładam na bok warzywa w słodyczach (choć jeszcze jeden wpis będzie), żeby zaprezentować przynajmniej część swoich bakłażanowo-cukiniowych dokonań. Uprzedzam tylko, że porcje podaję niewielkie, bo po pewnym czasie moja rodzina zaczyna mieć dość i przyrządzam te cuda tylko dla siebie.
Skoro wczoraj było ciasto z cukinią, to pójdźmy za ciosem.

Cukinia zapiekana na chrupiąco
 


Składniki:

  • 1 spora cukinia
  • 1/2 dużej cebuli
  • sól, pieprz
  • 1 łyżka posiekanej natki pietruszki
  • oliwa z oliwek
  • 2 łyżki mocnego koncentratu pomidorowego *
  • 1/2 szklanki bułki tartej
  • 1/4 szklanki tartego, żółtego sera **
  • 1 ząbek czosnku
  • tłuszcz do smażenia ***

Wykonanie:

Cukinię kroję na dość cienkie plastry, drobno siekam cebulę. Pokrojone warzywa wrzucam na zimny tłuszcz i duszę, aż cukinia zrobi się całkiem wiotka i lekko szklista. Ostatnio widziałam bardzo podobny przepis u Buddy'ego Valastro, tyle, że on zamiast cukinię usmażyć, trzymał ją w soli. Spróbowałam, ale jakoś mi nie odpowiada. Zamiast świeżego smaku warzyw, wychodzi wtedy coś w rodzaju kiszonki. Wybór pozostawiam temu, kto gotuje. 
Wyłączam ogień, przerzucam warzywa z patelni do naczynia żaroodpornego i mieszam z koncentratem pomidorowym. Na sos z cukinii wrzucam wyciśnięty czosnek, natkę pietruszki, ser i bułkę tartą. Nie smażę tego, chodzi tylko o to, żeby bułka skleiła się z resztą składników i wchłonęła tłuszcz i smak ze smażonej cukinii. 
Taką bułkę wykładam na cukinię i zapiekam około 20 minut w temperaturze 200 stopni.

* Najlepsze jest pesto z suszonych pomidorów, ale nie zawsze da się dostać
** Oczywiście, najlepszy będzie parmezan, ale zasadniczo nie stać mnie na kupowanie go w olbrzymich ilościach, więc używam takiego, jaki akurat zalega mi w lodówce. Mozzarella też się nada, ale wtedy już chrupiąco nie będzie na pewno. Osobiście wcale mi to nie przeszkadza, i tak polewam kruszonkę sosem z warzyw :)
*** U mnie, oczywiście, olej słonecznikowy

S m a c z n e g o !

piątek, 19 sierpnia 2011

Ciasto Podwójnie Cukiniowe

Tyle jest ciast podwójnie czekoladowych, karmelowych, kawowych. A ja, z okazji mojej ulubionej durszlakowej akcji chantel "Warzywa w słodyczach" postanowiłam zdublować cukinię. Prezentuję więc ciasto, które nie tylko zawiera cukinię w sobie, ale cukinia pełni tu też rolę owocowego dodatku. Mocne w konsystencji, lekko słodkawe w smaku o wyraźnym aromacie cynamonu.
Inspiracji ponownie dostarczyła mi książka Ewy Wachowicz "Słodki Świat". Przyznam, że zupełnie nie rozumiem, dlaczego wszystkie polskie blogi zachwycają się Nigellą, podczas gdy Pani Ewa, jest niemal zupełnie pomijana. Przy okazji zachęcam wiec do korzystania z Jej książek, bo gotuje równie dobrze, a za to z produktów znacznie łatwiej u nas dostępnych i tańszych. 

Ciasto Podwójnie Cukiniowe



Składniki:

40 dag tartej cukinii
3 jajka
35 dag cukru
200 ml oliwy
(użyłam, jak to zawsze u mnie, oleju słonecznikowego)
10 dag mielonych orzechów włoskich
(akurat mi wyszły, więc użyłam 10 dag polenty)
42 dag mąki tortowej
(nie mam tak dokładnej wagi, więc użyłam po prostu 40 dag, a że chciałam, żeby było upiornie zdrowo, to użyłam pół na pół mąki zwykłej i razowej)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta sody oczyszczonej
(też mi się skończyła, więc pominęłam)
1 cukier waniliowy
1 płaska łyżeczka mielonego cynamonu

Wykonanie: 

Mąki zmieszałam z proszkiem do pieczenia. Jajka miksowałam z cukrem i cukrem waniliowym 20 minut jak na biszkopt. Cały czas mieszając drewnianą łyżką dodawałam kolejno mąkę, oliwę, polentę (orzechy), cynamon i w końcu cukinię. Piekłam 50 minut w 180 stopniach. 

Ale skoro moim celem było takie upiornie zdrowe ciasto, nie chciałam dokładać mu czekolady. I znów z pomocą przyszła mi Pani Ewa, która przy zupełnie innym cieście zamieściła przepis na "Ananasy z cukinii". Troszkę go przetworzyłam i w ten sposób moje ciasto otrzymało drugą dawkę cukinii w zastępstwie konfitur. Tym razem poukładałam je na cieście, następnym razem w mieszam do środka jak do keksu.

Ananasy z cukinii




Składniki:

  • 50 dag cukinii
  • 1 szklanka wody
  • 1/2 łyżeczki kwasku cytrynowego
  • 15 dag cukru
  • 1 cukier waniliowy

Wykonanie:

Cukinie obrałam i pokroiłam w drobną kostkę. Wodę zagotowałam z kwaskiem cytrynowym, zalałam cukinię i zostawiłam na 24h. Następnego dnia wrzuciłam cukier i cukier waniliowy. Pogotowałam aż woda odparowała. Cukinie pięknie się zezłociły i skandyzowały. Rzeczywiście jak ananasy.


S m a c z n e g o !

środa, 17 sierpnia 2011

Marchewkowe Ciasteczka

Kiedy powiedziało się A, trzeba i B. Skoro powróciłam na bloga, trzeba i powrócić do kulinarnych akcji. Szczególnie tak uroczych, jak ta zorganizowana przez chantel z Przy Kubku Kawy. Zawsze powtarzam, że nie umiem żyć bez słodyczy, a te z dodatkiem warzyw lubię najbardziej, bo pozwalają mi oszukać wyrzuty sumienia. Że niby jak ma w sobie kawałek marchewki to od razu zdrowsze i mniej kaloryczne :) Ciiiiii . . . To jest oficjalna wersja i będę się jej trzymać. 



Przygotowałam więc sobie trzy propozycje i będę je po kolei do akcji dodawać. Na pierwszy ogień poszły ciasteczka marchewkowe. Może i powszechnie znane, ale osobiście przeze mnie ulubione. Nie znam po prostu lepszego przepisu na kruche ciasta, bywa że zastępuje nawet francuskie. Zdarzyło mi się już nawet zrobić na jego bazie napoleonki. Ten przepis wzięłam od Ewy Wachowicz, ale bardzo podobne były kiedyś pieczone Weekendowej Cukierni. Mają jeszcze jedną niewątpliwą dietetycznie zaletę: absolutny brak cukru. Są za to kruche, pyszne i nieważne ile się ich zrobi, zawsze znikają natychmiast. 

Marchewkowe Ciasteczka

Składniki:
  • 60 dag mąki
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 kostki zimnego masła (400 g)
  • 30 dag drobno startej marchewki
  • dobre, twarde powidła jako nadzienie
  • cukier puder do posypania
Wykonanie:

Wszystkie składniki (oprócz powideł i cukru pudru) po prostu wykładam na stolnicę i zagniatam gładkie, elastyczne ciasto. Formuję z niego kulę i wkładam na małą godzinkę do lodówki. Później rozwałkowuję najcieniej jak się da i kroję na kwadraty o boku 2-3 cm. Na każdy kwadracik nakładam łyżeczkę powideł i sklejam ze sobą wszystkie cztery rogi. Można formować pierożki albo rogaliki, zwijać rureczki albo co tylko komu przyjdzie do głowy. Ja wybrałam ten sposób, bo moim zdaniem tylko on gwarantuje, że powidła nie wypłyną. 
Czasem, kiedy chcę, żeby były bardziej chrupiące smaruję je jeszcze roztrzepanym jajkiem i rezygnuję z proszku do pieczenia. Innym razem, w wersji wegańskiej zastępuję masło margaryną. A ponieważ nie jestem purystką i marchewka i tak już wystarcza, żeby zagłuszyć moje wyrzuty sumienia, to jeszcze na gorąco posypuję je cukrem pudrem.

S m a c z n e g o !



wtorek, 16 sierpnia 2011

Moja Marinara

Czyli cudowny, pachnący ziołami sos pomidorowy na który jest tyle przepisów ile kobiet na Półwyspie Apenińskim. A może nawet trochę więcej. I, który niesie ze sobą pewną zagadkę. Mianowicie pół życia zastanawiam się, kto to u nas wymyślił, że "marinara" oznacza owoce morza? To chyba taka specyfika jak barszcz ukraiński, ruskie pierogi i ryba po grecku, ale w 90% polskich knajpek, kiedy zamówisz "spaghetti marinara", dostaniesz kluski ze skorupiakami, a często nawet bez pomidorów. Mam wrażenie, że to pozostałość po latach 90-tych, kiedy zaczynaliśmy kochać świat, bez znajomości jego języków. Komuś się pewnie po prostu skojarzyło :) 


W każdym razie, jak zapewne większość kuchennych blogerów doskonale wie, w kuchni włoskiej marinara nie kojarzy się wcale z granatem i bielą, a z czerwienią i odrobiną zieleni. Zazwyczaj, robiona co jakiś czas stoi sobie grzecznie w lodówce i czeka. Bo można od razu zanurzyć w niej makaron, albo używać później jako bazy do setki innych sosów. Albo polać nią ravioli. Albo posmarować pizzę. Jest we Włoszech równie istotna jak dobry bulion w naszej rodzimej kuchni. Ponieważ kuchnię włoską kocham bezkrytycznie, mam też, co oczywiste, swój własny sposób na marinarę.

Moja Marinara

Składniki:

  • 500 g tomatery *
  • 2 ząbki czosnku
  • garść świeżej bazylii
  • sól, pieprz
  • 2 łyżki oleju słonecznikowego **
  • 1 czubata łyżeczka cukru
  • sól

Wykonanie: 

Zaczynam od rozgniecenia jednego ząbka czosnku na zimny olej, posolenia go i dopiero wtedy postawienia na najmniejszym możliwym ogniu. Kiedy czosnek się zezłoci, szybko wlewam tomaterę. Szybko, żeby czosnek nie zdążył zmienić koloru na brązowy. Doprawiam jeszcze raz solą i wsypuję cukier, żeby złagodzić kwaśność pomidorów. Zostawiam sos na około 30 minut. Nie jest to konieczne, ale ja lubię gdy sos do makaronu jest gęsty, więc czekam aż sos się zredukuje. Niestety, trzeba uważać, bo będzie pryskać. Na koniec dorzucam jeszcze jeden ząbek czosnku i posiekaną bazylię. Mieszam ostatni raz i gotowe. Studzę i wstawiam do lodówki.
Jeśli ma pójść z makaronem, to ugotowany wrzucam do garnka i dorzucam jeszcze garść świeżej bazylii. Na talerzu posypuję startym serem. Wtedy czasami dodaję jeszcze oregano. Suszonego, bo to jedyna znana mi przyprawa, która jest bardziej aromatyczna po ususzeniu, niż świeża.

Smacznego!

* Tomatera to zagęszczony sok z pomidorów, co ważne surowych. Użycie tomatery znacznie skraca czas przygotowania sosu. Można samodzielnie rozgnieść wypestkowane pomidory, będzie smaczniej, ale znacznie dłużej. Tomatera jest moim kompromisem.
** Powinna być, oczywiście, oliwa z oliwek. Ale ja obstaję przy tym, że na oliwie się nie smaży i już. Do smażenia jest olej. A dobry olej słonecznikowy jest absolutnie neutralny.

sobota, 13 sierpnia 2011

Śniadanko dla Korporacyjnego Szczura

Czego dorabia się człowiek w korporacjach? Syndromu wypalenia zawodowego przed trzydziestką i wrzodów. Na szczęście istnieją na to fantastyczne lekarstwa. Na pierwsze - pasja do dobrej kuchni, na drugie - mleko, miód, banany i siemię lniane. Dlatego właśnie każdy Korporacyjny Szczur powinien od czasu do czasu zafundować sobie na śniadanie te cudowne bułeczki, na które przepis znalazłam u Dorotus. Pieką się szybko, zawierają większość łagodzących wrzody składników (bez przesady, banana można zjeść na deser), a w dodatku potrafią nieźle osłodzić życie prawdziwie miodowym zapachem. Cudownie smakują ze zwykłym, białym serem. W stosunku do oryginału wprowadziłam niewielkie tylko modyfikacje.

Miodowe bułeczki z siemieniem lnianym



Składniki:

  • 1 szklanka mleka
  • 3 łyżki miodu
  • 1 jajko
  • 2 łyżki dobrej jakości oleju słonecznikowego
  • 2 czubate szklanki mąki pszennej
  • 1,5 szklanki pszennej mąki razowej
  • 1/2 szklanki siemienia lnianego
  • 1 łyżeczka soli
  • 2 łyżeczki świeżych drożdży

Wykonanie:

Mleko podgrzałam z miodem i w lekko wystudzonym rozpuściłam drożdże. Pozwoliłam zaczynowi wyrastać około kwadransa. Zmieszałam mikserem z resztą składników i odstawiłam do wyrośnięcia na godzinę. Później uformowałam z ciasta 12 bułeczek i wstawiłam je do zimnego piekarnika nagrzewającego się do 180 stopni na około 35 minut. 



Smacznego!

wtorek, 9 sierpnia 2011

Smażone Zielone Pomidory

Pamiętacie ten film? Szczerze mówiąc, sama nigdy go nie widziałam. Czytałam za to książkę, która tajemniczo nagle gdzieś mi zniknęła. Pamiętam za to, że z tyłu znajdował się spis kilki fantastycznie prostych przepisów z domowej kuchni amerykańskiej. W tym również na tytułowe smażone zielone pomidory, które od lat już rozpalały moją kulinarną wyobraźnię. 
No i wreszcie, w tym roku, pomogła mi wredna, deszczowa aura, której moje wypielęgnowane, ogródkowe pomidory, po prosu nie przeżyły. W nawale deszczu i wichury uparcie spadają z krzaków zanim zdążą się zaczerwienić. W związku z powyższym całą zimę będziemy jeść sałatkę z zielonych pomidorów. Potrzebowałam nowego pomysłu. I wtedy przypomniała mi się stara, zagubiona książka. 



Z powodu tego zaginięcia, przepis musiałam wymyślić sama, ale wyszedł fantastycznie, więc postanowiłam się nim z Wami podzielić. 
Tyle tylko, że jest trochę bardziej włoski niż amerykański, bo jakoś nie mogłam oprzeć się temu, co do pomidorów pasuje najlepiej; czosnkowi i bazylii.

Smażone Zielone Pomidory 
(w cieście czosnkowo-bazyliowym)

Składniki:

3 duże, zielone pomidory
2 ząbki czosnku
garść liści świeżej bazylii
10 dag mąki
1/2 szklanki mleka
1 jajko
1/2 łyżeczki soli
pieprz 
1 łyżeczka cukru
olej słonecznikowy do smażenia



Wykonanie:

Pokroiłam pomidory w ósemki, które poprzekrawałam na połowę, a później w cienkie plasterki. Mleko zmiksowałam z jajkiem i solą, a później z mąką, cukrem, pieprzem, posiekanym czosnkiem i bazylią. Każdy, cieniutki plasterek pomidora zanurzałam w cieście i smażyłam na rozgrzanym oleju, na bardzo maleńkim ogniu aż do zrumienienia się, co jednak trochę trwało. Ale było warto. Potraktowane w ten sposób pomidory rozpadły się wewnątrz ciastowych poduszeczek na kwaskową, zieloną marmoladę, cudownie harmonizującą ze smakiem czosnku i aromatem bazylii. Po usmażeniu odsączałam z tłuszczu na papierowym ręczniku.
Następnym razem do ciasta dodam jeszcze szczyptę ostrej papryki. I może resztę pomidorów zesmażę w dip z odrobiną boczku i cebuli. 

S m a c z n e g o !

piątek, 17 czerwca 2011

Dla Truskawkożerców

Ja po prostu kocham ten czas, gdy człowiek może zrezygnować z cytrusów, bananów, czekolady, bakalii i sięgać po własne, świeże, wyrosłe tuż obok nas; czereśnie, śliwki, maliny, jagody, brzoskwinie, porzeczki, rabarbar, agrest (te trzy ostatnie coraz trudniej dostępne, ale błagam, nie zapominajcie o nich, to nasze skarby!) i inne takie. Ale niezaprzeczalnymi królowymi, które przynoszą ze sobą lato, są właśnie one; TRUSKAWKI!!!

Ukochane u nas tak bardzo, że w tajemniczy sposób znika przynajmniej łubianka dziennie. Najczęściej z resztą bez żadnych specjalnych zabiegów, tak po prostu. Mój ulubiony przepis na truskawki; wyjąć z łubianki, oderwać szypułkę i zjeść :)



W dodatku przyznam się do strasznego grzechu przeciwko higienie; nigdy nie płuczę truskawek i basta. Tracą słodycz. Ale jeśli już ktoś się uprze, radzę opłukać przed wyrwaniem szypułek, inaczej smakują jak te sprowadzane w grudniu z Holandii. Ulubiona odmiana: marmoladki - twarda i jędrna.

A kiedy już się znudzą (jak to możliwe?!) albo kupi się akurat takie mniej słodkie można je wrzucić do zgrabnej miseczki, podziabać trochę nożem, posypać cukrem i zostawić na godzinkę, żeby puściły sok. A później polać chłodną kremówką. Albo nawet kremówkę wcześniej ubić. Albo zalać galaretką . . . 

A jeśli uda się kupić takie nieco przejrzałe, to wystarczy odrobina kefiru albo maślanki (najlepsze gdy zgrzeszy się dodatkiem choćby odrobiny prawdziwej śmietany), trochę cukru i 2 minuty pracy miksera. Uwaga - chlapie!

A kiedy jest bardzo gorąco wystarczy sam mikser z odrobiną cukru  i do zamrażalnika, tak powstają najlepsze lody na świecie.

A kiedy trzeba zrobić obiad, wystarczy z odrobiną cukru (najlepiej waniliowego albo z dodatkiem cynamonu) wrzucić je do pieroga albo knedla. Przepis na takie knedle wrzuciłam już tutaj, a ulubione ciasto pierogowe tutaj.



Podobno doskonale smakują z zielonym pieprzem, ale jakoś wolę tradycyjne smaki. No i te wszystkie ciasta. No, nie! Nie wymagajcie ode mnie porządnego przepisu. W kwestii truskawek to zawsze jest improwizacja. Wystarczy wziąć ulubiony serek homo (naturalny, jeśli nie lubicie zbyt słodko albo truskawkowy jeśli ma być bardzo truskawkowo albo mój ulubiony - waniliowy)albo ubić kremówkę. A później wymieszać to z ostudzoną, ale jeszcze płynną galaretką i kawałkami truskawek. Można schłodzić w pucharkach. Można zalać tym maczane w kawie biszkopty. Można po prostu przełożyć biszkopt, albo zwinąć go w roladę. Albo można tym nadziać kruche babeczki i zalać czekoladą. Wiem, że można, bo wszystko to robiłam. Albo pokroić na prostokąty i pomalować rozpuszczoną czekoladą, żeby udawało ptasie mleczko. I efekt jest zawsze fantastyczny.

A na śniadanie można sobie plasterkami truskawek obłożyć tosty . . . 

Kto wprawny w kuchni, ten wie o co chodzi. A dla tych, którzy mniej wprawni . . . naprawdę nie jestem w stanie podać żadnego konkretnego przepisu na truskawki. Wszystkie serniki na zimno, torty piankowe, babeczki i ptasie mleczka robię zawsze "na oko", niemal magicznie i w zupełnym amoku. Ale specjalnie na dziś jeden porządny przepis pożyczyłam sobie od znajomego.

N a l e ś n i k o w y    T o r t   
A n d r ze j a



Składniki:

  • 1 kg truskawek
  • 150 g serka waniliowego
  • cukier do posypywania truskawek
  • talerz puszystych, omletowych, grubych i słodkich naleśników, najlepiej takich na pianie z białek i z dodatkiem wody gazowanej, a nawet z odrobiną proszku do pieczenia i koniecznie, koniecznie z jednej strony lekko niedosmażonych, żeby truskawki się do nich kleiły, bo inaczej tort nie zachowa formy przy krojeniu :)

Wykonanie:

Truskawki pokroiłam w plasterki. Naleśnik położyłam na talerzu, tą niedosmażoną stroną do góry i obłożyłam plasterkami truskawek, posypałam cukrem, a dziury zaklajstrowałam serkiem. Na tym położyłam kolejnego naleśnika, znowu niedosmażoną stroną do góry, a na nim znów truskawki. I tak aż do końca naleśników i truskawek. 



Można to zjadać i na zimno, i na ciepło. Jak kto lubi. Można rozgotować trochę truskawek na sos, albo polać sosem czekoladowym. Widać dzisiaj nie dzień na porządne przepisy. To pewnie efekt nadmiaru truskawek. 
W każdym razie: Smacznego!

czwartek, 16 czerwca 2011

Wspomnienie Wielkiego Śniadania

. . . czyli nadrabiam zaległości :) 



Wielki Piątek, Wielka Sobota a po niej Wielkanoc, czyli Wielka Noc, a zaraz po niej Wielkie Śniadanie.

Wiem, że pogoda i apetyty już zupełnie inne, ale na przyszły rok będzie jak znalazł! 


A na jutro obiecuję truskawkowe czary . . .

Tegoroczna Wielkanoc była dla nas mieszanką tradycji i nowości (przynajmniej dla nas, bo nie o nowoczesność tu chodzi). Od lat już marzę, o śniadaniu z brioszkami, konfiturami z truskawek i całą stertą fikuśnych serków w otoczeniu setek jaj . . . i co roku odkładam to marzenie na później. W naszym domu wielkanocne śniadanie to szynki, kiełbasy i żur, a na deser sernik na kremówce (wyśmienity z resztą). A w tym roku udało nam się uzgodnić kompromis; mogę dorzucić swoje trzy grosze, byle bez przesadnych rewolucji. No i wyszedł z tego pasztet. 

Kiedyś, gdy mój dziadek hodował króliki, podobno zdarzał się na świątecznym stole moich dziadków. Podobno, bo ja już tego nie pamiętam, a moja Mama jakoś nigdy się recepturą nie zainteresowała. Tyle tylko, że osobiście jakoś nie wyobrażam sobie zjedzenia królika, bo to odkąd mieszkał z nami pewien białas uratowany w dzieciństwie z klatki z wężem, królik jest dla mnie prawie jak pies. No i chciałam czegoś możliwie mało do pasztetu podobnego, żeby było lekkie, puszyste, wiosenne, trochę zielone. No i padło na drób. Pasztet drobiowy, w oryginale z natką pietruszki, zamienił się w pasztet drobiowy ze szczypiorkiem, bo natka jest u nas nielubiana. Nie przeze mnie. 



D r o b i o w y   p a s z t e t   z e   s z c z y p i o r k i e m



Składniki:

  • 4 duże udka kurczaka
  • 1/2 kg chudego, surowego boczku
  • 1 duża cebula
  • 6 ziarenek ziela angielskiego
  • 6 ziarenek czarnego pieprzu
  • 3 liście laurowe
  • 30 dag wątróbki drobiowej
  • 1 kajzerka
  • 6 jajek
  • 1 spory pęczek szczypiorku (lub natki pietruszki)
  • pieprz, sól, czosnek, gałka muszkatałowa (świeżo starta)
  • bułka tarta

Wykonanie:

Całe mięso (oprócz wątróbki)  włożyłam do jednego garnka, dorzuciłam pieprz, ziele i liście laurowe, zalałam wodą i najzwyczajniej w świecie, ugotowałam. Trwało to trochę krócej niż 2 godziny.  Na ostatni kwadrans  wrzuciłam do garnka również kajzerkę i pokrojoną wątróbkę. Później całość, razem z cebulą przepuściłam przez maszynkę.
Białka oddzieliłam od żółtek i ubiłam na sztywną pianę, a później jedne i drugie domieszałam do mięsnej masy razem z posiekanym szczypiorkiem. Spróbowałam, porządnie doprawiłam i przełożyłam do foremki keksowej, a wierzch posypałam odrobiną tartej bułki. Keksówkę wstawiłam do większego naczynia żaroodpornego wypełnionego wodą i całość powędrowała do piekarnika nagrzanego do 200 stopni, żeby spędzić tam nieco więcej niż pół godzinki. 

Wyszło idealnie- pasztet okazał się leciutki, puszysty, kremowy tak, że prawie dawał się smarować i z chrupiącą skórką.A skoro dołożyłam się do śniadania, trzeba było jeszcze wymyślić coś na obiad. Wiedziałam już, że honorowe miejsce zajmą schab w majeranku i szynka pieczona z goździkami. A ja chciałam, jak to ja, coś mniej pieczeniowego. I znów skojarzył mi się Ślepy Zając Mojej Babci. Bardzo Wielkanocna nazwa, prawda? Trochę podpytałam Mamę, trochę zajrzałam do Nigelli i w końcu sama skomponowałam przepis.


Ś l e p y    Z a j ą c
czyli 
Wielkanocny Klops z Jajkiem



Składniki:

  • 6 jajek na twardo
  • 4 cebule
  • 1 kg mielonego indyka
  • 2 kajzerki
  • 30 dag wędzonego boczku
  • sól, pieprz, czosnek, majeranek, odrobina ostrej papryki
  • odrobina tłuszczu
Wykonanie:
Cebule posiekałam i poddusiłam na maleńkim ogniu z solą i odrobiną tłuszczu. Namoczyłam bułki i ugotowałam na twardo 4 jajka. 



Następnie wyrobiłam mięso z kajzerkami, przyprawami, podsmażoną cebulą i surowymi jajkami zupełnie tak samo jak na mielone. 
Naczynie żaroodporne wyłożyłam plastrami boczku, wyłożyłam na nie połowę mięsnej masy i uformowałam w niej rowek, w którym ułożyłam obrane jajka. Przykryłam resztą mięsa formując dość płaską roladę i zawinęłam ją w ułożone wcześniej cieniutkie plastry boczku. Piekłam około godziny w 200 stopniach.

No i skoro uporałam się z mięsną częścią zadania, przyszedł czas na prawdziwą frajdę w kuchni, czyli ciasta! Oprócz tradycyjnego sernika, zwykle pojawiała się u nas babka, zwykle opisywana już wcześniej zebra. A mnie się marzyła taka prawdziwa, baba drożdżowa z cytrynowym lukrem i rodzynkami. Ponieważ w naszej rodzinie takiej baby nie piekł dosłownie NIKT, musiałam posłużyć się źródłami zewnętrznymi. Padło na Ewę Wachowicz. I był to pierwszy Jej przepis, który trochę mnie rozczarował. Nie dlatego, że nie dobry, to raczej kwestia moich wyobrażeń o cieście, którego nigdy nie jadłam, bo babkę drożdżową wyobrażałam sobie jako coś niesłychanie puchatego, a wyszło bardzo lekkie ciasto drożdżowe, prawie jak pączek, prawie jakby go nie było. W przyszłym roku wypróbuję Małgorzatę Musierowicz i jeśli wyjdzie podobnie, dam sobie spokój. Ale jeśli ktoś o takiej babce marzy i szuka tak jak ja, to proszę (na zdjęciu jeszcze bez lukru i upieczona z połowy porcji, dlatego taka maleńka). 
B a b k a    D r o ż d ż o w a 
według Ewy Wachowicz



Składniki:

  • 3 dag drożdży
  • 1 szklanka mleka
  • 10 dag cukru
  • 35 dag mąki
  • 15 dag masła
  • 2 białka
  • 6 żółtek
  • szczypta soli
  • ( plus w ramach pomysłu i kaprysu własnego 10 dag sparzonych wrzątkiem ogromnych rodzynek sułtańskich i lukier ukręcony z cukru pudru i soku z cytryny)

Wykonanie:

Do szklanej miseczki wsypałam łyżkę mąki, łyżkę cukru, szczyptę soli, zalałam szklanką ciepłego mleka i wkruszyłam połowę drożdży. Zamieszałam, nakryłam lnianą ściereczką i odstawiłam na 30 min, żeby zaczyn zaczął pracować. 

Ponieważ nie mam zamiłowania do ręcznego wyrabiania ciasta drożdżowego (nie jestem przesądna), a i tak rośnie mi nadspodziewanie dobrze, przełożyłam zaczyna do miski miksera, dorzuciłam do niego cukier i żółtka i miksowałam hakami dobre 10 minut powolutku, po 1 łyżce dosypując mąkę, a na koniec stopione i ostudzone masło.  
Zostało już tylko delikatnie wmieszać do ciasta pianę z białek przy użyciu drewnianej łyżki. Gotowemu ciastu pozwoliłam rosnąć około godziny, aż podwoiło objętość. Przełożyłam do formy babkowej i pozwoliłam porosnąć jeszcze kwadrans i wstawiłam do zimnego piekarnika nagrzewającego się do 180 stopni. Piekłam niecałą godzinę.

No i wreszcie kolejne ciasto nowe chyba tylko dla nas, czym zapewne zdziwię wszystkich Warszawiaków. Czy wiecie, że w Wielkopolsce Mazurek jest ciastem kompletnie, ale to kompletnie
. . .  nieznanym? Serio, serio. Zanim przyjechałam do Warszawy, widywałam go wyłącznie w telewizji. A kiedy zamieszkałam tu . . . dalej zastanawiałam się o co właściwie chodzi. W cukierniach kupowałam coś, co nie przekonywało mnie absolutnie; półkruchy, niski placek przełożony dżemem, polukrowany i ozdobiony baziami z czekolady i migdałów. Później, gdy kulinaria stały się moją pasją, dowiedziałam się sporo o historii tego ciasta. Dowiedziałam się, że właściwie wszystkie chwyty dozwolone, bo mazurki robi się też na waflach i na biszkopcie. I, że powinien być bogaty w bakalie i bardzo, bardzo słodki, bo pochodzi z Turcji. No i wymyśliłam sobie ciasto, które pewnie Mazurkiem jest tylko według mnie, bo wysokie i nie napisałam na nim "Alleluja". Ale co tam, po raz pierwszy w życiu smakował mi Mazurek, chociaż dwóch kawałków na raz zjeść się nie dało. 

M ó j    M a z u r e k 



Chciałam staropolskiego ciasta, wybrałam więc to z Orzechowca, głównie dlatego, że nic nie kojarzy mi się bardziej po staropolsku niż złocisty miód, którym to ciasto po prostu cudownie pachnie. Upiekłam dwie warstwy tak jak w oryginalnym przepisie i przełożyłam je konfiturami truskawkowymi Mojej Mamy. Bardzo pasowały, bo Mama do konfitury truskawkowej dodaje trochę soku z cytryny, żeby je lekko zaostrzyć. 



Wierzch ciasta zalałam kajmakiem, takim najzwyklejszym, zrobionym z długo gotowanego słodzonego mleka w puszce. A na to nawrzucałam bakalii ile wlezie. Co tylko miałam pod ręką; orzechy, rodzynki, figi, daktyle, suszone jabłka, gruszki, śliwki, morele, kandyzowany ananas i papaja . . . sama już nie pamiętam. A na wierzchu jeszcze zygzaki z roztopionej na parze z 2 łyżkami mleka tabliczki mlecznej czekolady. I to był przebój tej Wielkanocy. Dla mnie jednak trochę za słodki, nawet mimo cytrynowej nuty w konfiturach, ale rodzinka z rozmarzeniem wspomina go do dziś.

Smacznego!

PS. A propos kulinarnych odmienności regionalnych, czy wiecie, że w Wielkopolsce baranki wielkanocne robi się nie z cukru, a z masła? Służą do tego specjalne drewniane foremki, do których po wyparzeniu napycha się miękkie masło i zamyka w lodówce. Naszą wystrugał chyba jeszcze mój Dziadek i jest już na wykończeniu. Nie wiem co zrobię, kiedy ostatecznie się rozpadnie, bo teraz jest to podobno produkt już nie do dostania. A baran z masła wygląda tak:

środa, 15 czerwca 2011

Przepraszam, już jestem

To przypomina mi pewną historyjkę. Jeszcze za czasów studenckich razem ze współlokatorką zaprosiłyśmy wspólną koleżankę na późny obiad; na piątek na 18:00. Anka, mimo wegetarianizmu, przygotowała kurczaka w piwie i kilka innych cudów. O 21:00 nikogo nie było. Obejrzałyśmy ze dwa filmy i poszłyśmy spać. Następnego dnia kurczak został pochłonięty i prawie zapomniany, kiedy o około 01:15 w nocy zadzwonił domofon i odezwała się w nim zaginiona koleżanka "Przepraszam, ale już jestem". Spóźniona jedyne 31 godzin i kwadrans. Dzisiaj czuję się podobnie, jak ona wtedy. Nie napisałam ani słóweczka od 6 tygodni. Jeszcze raz przepraszam wszystkich, którzy wpadali (i mam nadzieję, dalej będą tu zaglądać regularnie). Błagam, nie obrażajcie się, uwielbiam tego bloga, ale tyle się ostatnio zdarzyło; mam wreszcie zioła w doniczkach i mały ogródek; taki z fasolką, fasolą, dynią, cukinią, ogórkami, pomidorami, buraczkami, kalafiorami a nawet marchewką! A po drodze trochę chorowałam ja i trochę nasza psica, trochę beczałam w poduszkę, jak bardzo nienawidzę swojej pracy, trochę rozsyłałam swoje CV, przeżywałam narodziny córeczki najlepszej przyjaciółki z dzieciństwa, kibicowałam ukochanej siatkówce i spotykałam znajomych niewidzianych przez lata. Uff! W każdym razie jeszcze przecież kwitły pierwsze fiołki, pierwsze konwalie, cudowna kalina, a ostatnio jaśmin. A do tego pierwszy, szczypiorek, pierwsze rzodkiewki, pierwsza sałata, pierwszy szpinak no i, oczywiście pierwsze truskawki, a nawet czereśnie. I pierwsza opalenizna i pierwszy ogrodowy wieczór przy piwie.
W każdym razie, przez te 6 tygodni, moje życie toczyło się, po prostu, poza internetem. A teraz: Przepraszam, już jestem. I od jutra zaczynam nadrabiać zaległości.

niedziela, 17 kwietnia 2011

Babka na Majonezie

Bardzo słodka, niewiarygodnie puszysta, idealnie wilgotna, nieprawdopodobnie lekka i zaskakująca. Bo kto by się spodziewał w babce majonezu? Upiekłam ją w ramach kuchennego eksperymentu na podstawie przepisu, który kilkanaście lat temu przyniosła z pracy moja Mama. Piekę ją w najdłuższej keksówce, bo porcja jest naprawdę ogromna. 

B a b k a    n a    M a j o n e z i e




Składniki:

  • 4 jajka
  • 1/2 szklanki mąki pszennej
  • 1/2 szklanki mąki ziemniaczanej
  • 1 szklanka cukru
  • 1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/2 małego słoika majonezu
  • zapach śmietankowy

Wykonanie:

Białka ubijam na sztywno powoli dosypując im cukier, dalej ubijając dodawałam żółtka, a później zapach i po 1 łyżce majonez. Na końcu drewnianą łyżką wmieszałam zmieszane z proszkiem do pieczenia mąki. Piekłam 45 min w 180 stopniach. 

Smacznego!

sobota, 16 kwietnia 2011

Puszysta Zebra? A co to, zoo?!

No nie. Nie chodzi mi o wcale o konia w paski, a popularne, bardzo proste i szybkie ciasto, które udaje się zawsze, wszędzie i każdemu*. Po prostu idealne na cukierniczy debiut. Latem piekę je na dużej blasze z dodatkiem owoców. Kiedy bardzo się spieszę, z dodatkiem wiśni i śmietankowego kremu udaje Fale Dunaju. Zdarzyło mi się już nawet przerobić je na tort. A na Wielkanoc robi czasami za babkę, wystarczy odpowiednia forma. To kolejna z moich propozycji minimalistycznych babek wielkanocnych, choć zupełnie różna od poprzedniej. Zebra jest leciutka, wyjątkowo puszysta i bardzo długo zachowuje świeżość.

P u s z y s t a    Z e b r a


Składniki: 

  • 5 jajek
  • 1 szklanka oleju słonecznikowego
  • 1 szklanka wody mineralnej gazowanej**
  • 1 1/2 szklanki cukru
  • 3 szklanki mąki
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 łyżki kakao
  • sok z 1/2 cytryny

Wykonanie:

Białka z cukrem ubijam mikserem na sztywną pianę. Mikser można już spokojnie umyć i schować. Proszek neutralizuję sokiem z cytryny i mieszam z mąką. Do ubitych białek wlewam olej, wodę, żółtka, wsypuję mąkę z proszkiem i mieszam drewnianą łyżką tylko tyle, żeby wszystkie składniki ładnie się połączyły. 
Gotowe ciasto dzielę na dwie części, do jednej dodaję 2 łyżki mąki, a do drugiej kakao. I dopiero teraz zaczyna się cała sztuka. Oczywiście, można po prostu wylać jedno ciasto na drugie. Ale najpiękniejszy efekt osiągną cierpliwi. Bo, żeby otrzymać śliczny, drobniutki wzorek zebrowych pasków, trzeba ciasto nalewać do formy zwykłą łyżką na zasadzie jasne-ciemne jasne.
I teraz już tylko do prodiża. Na trochę krócej niż godzinę. A jeśli ktoś woli piekarnik, bardzo proszę; 55 min w 180 stopniach.

S m a c z n e g o !
* Porcja jest naprawdę ogromna, więc najczęściej piekę ją w starym prodiżu. Ten sposób wymyśliła Moja Mama, która dzięki temu piekła ją nawet podczas wakacji pod namiotem. Kiedyś, na takim wyjeździe, w połowie pieczenia na 2 godziny wyłączono prąd. Każde normalne ciasto w takiej sytuacji powinno wylądować w koszu. Ale nie Zebra. Moja Mama, z właściwym sobie stoickim spokojem, po dwóch godzinach ponownie włączyła prodiż. Ciasto nie tylko nie upadło, ale nie miało nawet grama zakalca!
**To doskonałe ciasto do kulinarnych zabaw. Można zrobić z niego prawdziwą tęczę, używając kolorowych napojów gazowanych. Piekłam jej już na czerwonej, niebieskiej i zielonej oranżadzie (ciasto nabiera wtedy koloru użytego napoju) oraz na coli i . . . piwie. Najlepiej sprawdza się imbirowe, niezłe efekty daje też karmelowe i jabłkowe. Ale z braku zaopatrzenia zdarzało mi się użyć zwykłej kranówki. I też się udaje.  

piątek, 15 kwietnia 2011

Babka bez udziwnień

Muszę przyznać, że choć blogowe zabawy wciągnęły mnie w całości, nadal jednak nic nie pociąga mnie w kuchni tak, jak . . . prostota. Czytam wpisy innych blogowiczek i oglądam tam prawdziwe babkowe cudeńka z kardamonem, alkoholem, pekanami, fiołkami. I, mimo wszystko, wiem już, że u mnie w tym roku będzie na Wielkanoc tradycyjna Baba drożdżowa z rodzynkami i cytrynowym lukrem. A przed Wielkanocą chciałabym pokazać dwie babki z dodatkiem kakao, pieczone z przepisów starych jak świat. Ale za to absolutnie najprostsze na świecie i niezmiennie pyszne. 

Zacznę od przepisu, który znalazłam w jednej z książek Ewy Wachowicz, a który obudził we mnie wspomnienie z dzieciństwa. Dawno, dawno temu podobną babkę piekła czasami Moja Babcia. Może nawet dokładnie tę samą? W końcu Babcia też pochodziła z okolic Nowego Sącza, Krynicy i Gorlic. Ewa (pozwolę sobie pisać po imieniu, bo ciężko paniować komuś, kogo gości się niemal co dzień, choćby i tylko poprzez karty książek) pisze, że jako dziecko jadała ją na śniadanie. Myślę, że to doskonały pomysł, bo babka należy zdecydowanie do konkretniejszych i bardzo sycących. Nie jest specjalnie puszysta, kwalifikuje się raczej jako piaskowa. Z  resztą, co ja będę opowiadać, spróbujcie sami! 


B a b k a    U c i e r a n a

Składniki:

  • 5 jajek
  • 20 dag cukru
  • 1 cukier waniliowy
  • 1 kostka masła
  • 20 dag mąki pszennej
  • 15 dag mąki ziemniaczanej
  • 1 czubata łyżka kakao
  • 1/2 opakowania proszku do pieczenia

Wykonanie:

Jajka z cukrami ubiłam na parze na puszystą masę, a następnie zmiksowałam ze zmieszanymi z proszkiem mąkami i roztopionym masłem. Gotowe ciasto rozdzieliłam na dwie części i jedną zmieszałam z kakao. Do natłuszczonej keksówki o długości 30 cm wlałam najpierw jasne ciasto, a na nie wyłożyłam ciemne. Piekłam 45 minut w 180 stopniach. 

Smacznego!

niedziela, 3 kwietnia 2011

Wiosenne Niespodzianki

Pogoda na dworze zrobiła się cuuudowna. Pod moim oknem zakwitły krokusy, a jeden ze znajomych sprezentował mi olbrzymią siatę młodego szpinaku. I w ten właśnie sposób jedliśmy wczoraj naleśniki ze szpinakiem. Nieco inne niż zazwyczaj, bo z uwagi na problemy z przyswajaniem laktozy, bez mleka i białego sera, za to na razowej mące. Mimo to, absolutnie niedietetyczne i całkowicie spontaniczne, a po wiosennemu leciutkie i pyszne. 

Razowe Naleśniki ze Szpinakowym Bałaganem



Składniki na naleśniki:

  • 2 szklanki mąki pszennej razowej
  • 1 szklanka mleka sojowego
  • 1 szklanka gazowanej wody mineralnej
  • 2 jajka
  • 1/2 łyżeczki soli

Składniki na nadzienie:

  • 1/2 kg świeżego szpinaku
  • 1 pomidor
  • 10 dag mielonego mięsa drobiowego
  • 1/2 cebuli
  • 2 duże ząbki czosnku
  • 1 jajko
  • 3 plasterki miękkiego żółtego sera
  • sól, duuużo pieprzu


Wykonanie naleśników: 

Jajka rozbełtałam z solą, a następnie zmiksowałam z mąką. Do gotowej mieszaniny dolałam mleko sojowe, wodę i krótko mieszałam mikserem. Odstawiłam ciasto na pół godziny, żeby trochę odpoczęło. 
Smażyłam na dużej patelni, którą smarowałam maczaną w oleju słonecznikowym chusteczką higieniczną unikając w ten sposób nadmiaru tłuszczu. A olej słonecznikowy . . . cóż, to moja słabość. Nie znoszę snobowania się na potwornie drogą oliwę z oliwek, której z resztą, powinno się używać raczej na zimno do sałat. Mocno za to wierzę w dobrej jakości, delikatny i całkowicie neutralny olej słonecznikowy, wbrew powszechnemu przekonaniu, całkowicie bezzapachowy. Do smażenia jest doskonały i świetnie pozwala się aromatyzować ziołami, papryką czy czosnkiem, co robię od lat. A poza tym, jestem świrem, który wierzy, że skoro coś zostało zrobione na miejscu, z tego, co od wieków jest jedzone w miejscu, w którym mieszkam, to musi być dla mnie lepsze od tego, co nie rosło tu nigdy i przetrwało długi transport. Słoneczniki rosną w moim ogródku, a oliwki nie. Kropka. 

Wykonanie nadzienia:



Szpinak nieco poszarpałam nożyczkami. Cebulę posiekałam, zasoliłam i wrzuciłam na zimny tłuszcz. Kiedy pięknie się zezłociła, dodałam szpinak, czosnek, mięso i mnóstwo pieprzu. A na koniec pokrojonego drobno pomidora bez skórki i starty, żółty ser. 

Gotowym nadzieniem posmarowałam naleśniki i w ramach podgrzania włożyłam na kwadrans do nagrzanego do 200 stopni piekarnika. 



A właśnie . . . piekarnik. Wreszcie kupiłam sobie porządny piekarnik z regulacją temperatury! A to oznacza, że wkrótce przedstawię Wam porządny sernik! 

S m a c z n e g o !