środa, 23 marca 2011

Indycze sznycelki z sadzonym jajem

Prawdziwe powinny być z cielęciny, ale jakoś nie potrafię się przekonać do zjadania krowich dzieci. Nie, no nie jestem wegetarianką, ale one mają takie piękne oczy . . . No i użyłam sznycelków z indyka. Też dobre. Potrawa to bardzo efektowna, a nieco zapomniana. I to całkiem niesłusznie, bo niezwykle smaczna. Chodziła za mną już od dłuższego czasu jako wspomnienie z dzieciństwa i w końcu się odważyłam. 

I n d y c z e   s z n y c e l k i   z   s a d z o  n y m   j a j e m



Składniki:

  • 400 g indyczych sznycelków
  • 1 kubek maślanki
  • 5 jajek
  • 100 g mąki
  • sól, pieprz, majeranek
  • tłuszcz do smażenia

Wykonanie:

Sznycelki lekko podmroziłam, żeby lepiej się siekały i pokroiłam drobniutko jak warzywa do sałatki, a później jeszcze dwukrotnie przesiekałam. Zalałam maślanką i wstawiłam na noc do lodówki. Później wyrobiłam z 1 jajkiem i łyżką mąki, doprawiłam i uformowałam cztery płaskie kotleciki. Każdy obtoczyłam w mące i usmażyłam na gorącym tłuszczu, po około 7 minut z każdej strony, delikatnie podlewając wodą.
Zestawiłam z ognia i na małym ogniu, pod przykryciem usmażyłam jajka sadzone tak, by żółtka pozostały płynne. Na każdym sznyclu ułożyłam jajo i obiad wyjechał na stół. I natychmiast został zjedzony. Z dużą przyjemnością. 



S m a c z n e g o !

wtorek, 22 marca 2011

Zwykłe Ciasto. Ale z Czekoladą!

Ciasto bardzo, bardzo proste. Nic wyjątkowego. Jedno z tych "wrzucić do miski i zmiksować". Ale ukryte w jego wnętrzu, rozpływające się w ustach trzy smaki czekolady bosko wynagradzają jego zwykłość. Idealne na poprawę humoru, na zwykły, szary dzień w środku tygodnia. 

C z e k o l a d o w e   C i a s t o   z . . . C z e k o l a d ą



Składniki:

  • 25 dag cukru pudru
  • 25 dag miękkiej margaryny
  • 35 dag mąki
  • 4 jajka
  • 6 łyżek mleka
  • 2 czubate łyżeczki proszku do pieczenia
  • 3 łyżki ciemnego kakao
  • 5 dag gorzkiej czekolady
  • 5 dag mlecznej czekolady
  • 5 dag białej czekolady

Wykonanie:

Jajka rozkłóciłam widelcem, dorzuciłam wszystkie składniki oprócz czekolady i zmiksowałam. Czekolady posiekałam dość drobno, powiedzmy, że każda kostka została podzielona na 8 części, wsypałam do ciasta i wymieszałam zwykłą łyżką. 
I wystarczyło już tylko przełożyć na dużą, natłuszczoną i posypaną bułką tartą blachę. Piekło się to cudo około 40 minut w 180 stopniach. 
Wychodzi z tego przepisu ogromna blacha czegoś czekoladowo-czekoladowego pachnącego czekoladą. 

S m a c z n e g o !

poniedziałek, 21 marca 2011

Wiosna na oknie i przedwojenny chleb

"Wiosna, wiosna, wiosna . . . ach to Ty!" - podśpiewuję dziś sobie od rana. I mam powody. Bo słońce za oknem wyraźnie wskazuje na prawidłową datę w moim kalendarzu: 21.03 - Pierwszy Dzień Wiosny! A na naszym oknie pięknie zieleni się już rzeżucha, pierwszy wiosenny zwiastun, wcześniejszy nawet niż krokusy. I właśnie specjalnie dla tych ostrawych, zielonych listków upiekłam wczoraj chleb. Fantastyczny chleb, ciemnawy, wilgotny, sprężysty, skórkochrupiący z wyraźnym, żytnim posmakiem. Po raz kolejny z przedwojennego przepisu Marii Disslowej



C h l e b   p a r z o n y   m l e k i e m

Składniki:

  • 10 dag ugotowanych i zmielonych ziemniaków
  • 20 dag mąki pszennej chlebowej
  • 20 dag mąki żytniej typ 720
  • 1/4 łyżeczki cukru
  • 1 płaska łyżeczka soli
  • 1 dag drożdży
  • 3 łyżki płynnego zakwasu
  • 150 ml mleka
  • 100 ml wody

Wykonanie:

Połowę mąki pszennej zaparzyłam gorącym mlekiem i wystudziłam. Ciepłą wodę zmieszałam z cukrem, drożdżami i zakwasem, a powstałą mieszanką rozprowadziłam ciasto mleczno-pszenne i odstawiłam na 4 godziny, żeby się przerobiło.
Po tym czasie dosypałam pozostałą mąkę, ziemniaki, sól i dobrze wyrobiłam hakami w mikserze. W sumie trwało to około 10 minut - 4 na niskich i 6 na najwyższych obrotach. Z gotowego ciasta uformowałam okrągły bochenek i pozwoliłam mu podrosnąć jeszcze godzinę.
Taki pięknie wyrośnięty wstawiłam na 90 minut do nagrzewającego się piekarnika.



A dziś rano zjadłam z masłem i rzeżuchą, na powitanie wiosny i pięknego, słonecznego dnia . . . 

S m a c z n e g o !

sobota, 12 marca 2011

Biszkopt z ananasem i kokosową bezą

To ciasto jest powszechnie znane jako jeden z przepisów siostry Anastazji. W moim domu piekło się je jednak na długo przed wydaniem jej książki. Choć również ma klasztorny rodowód. Pamiętam jak w dzieciństwie przed pewną cukiernią w każdy poniedziałek i środę ustawiały się kolejki,bo dowożono tam wypieki od sióstr z Kalisza. To ciasto było wśród nich prawdziwym przebojem, a wkrótce po mieście zaczął kursować przepis. I zdarzyło się to jakieś 20 lat temu. Od tego czasu zdążyłam o tym cieście kompletnie zapomnieć i, całkiem niedawno, odkryć je na nowo w starych zapiskach Mojej Mamy. I całe szczęście, bo okazało się jednym z tych wspomnień, które nie rozczarowują. Smakuje dokładnie tak dobrze, jak pamiętałam.  

Biszkopt z Ananasem i Kokosową Bezą



Przygotowanie tego ciasta zaczynam od upieczenia na dużej blaszce biszkoptu z tego przepisu. Spokojnie wystarczy połowa porcji, bo wcale nie ciasto jest podstawą tego ciasta. Tajemnica tkwi w kolejnych warstwach.

W a r s t w a    A n a n a s o w a

Składniki:

  • 2 puszki ananasa
  • 1/2 l soku ananasowego
  • 1 budyń śmietankowy bez cukru (na 1/2 l mleka)
  • 5 żółtek
  • 1 kostka masła

Wykonanie:
Budyń, zamiast na mleku, ugotowałam na soku ananasowym. Wystudziłam, zmiksowałam z żółtkami i masłem, a na końcu wmieszałam do kremu pokrojonego drobno ananasa. Całość powędrowała prosto na biszkopt. 


B e z a   K o k o s o w a

Składniki: 

  • 5 białek
  • 1 szklanka cukru pudru
  • 20 dag wiórków kokosowych
  • 1 czekolada deserowa

Białka ubiłam na sztywno z cukrem pudrem, pod koniec dodając wiórki kokosowe. Białka wyłożyłam na papier do pieczenia tak, by upieczona beza miała kształt i wymiary dokładnie odpowiadające blaszce z biszkoptem. Wsadziłam do piekarnika i piekłam około 40 minut w temperaturze nie wyższej niż 150 stopni. Gotową bezę ułożyłam na kremie ananasowym, a kiedy wystygła, upaćkałam dodatkowo rozpuszczoną czekoladą.



S m a c z n e g o !

niedziela, 6 marca 2011

Słodkie Nogi

Tak to już jest, że niedzielny obiad średnio nadaje się do kuchennych eksperymentów. Wybieram zwykle dania bezpieczne, mało kontrowersyjne i powszechnie lubiane. Jedną z nich są kurczęce nogi, którym charakterystycznego posmaku nadaje mieszanka miodu, pieprzu i sosu sojowego. A w dodatku, praktycznie rzecz biorąc, robi się sam i to błyskawicznie, nie zmusza mnie więc do spędzania całej niedzieli przy garach.

S ł o d k i e   N og i



Składniki:

4 dużej urody kurze nogi
6 łyżek płynnego miodu
6 łyżek słonego sosu sojowego ew. maggi
1sporałyżeczka świeżo zmielonego pieprzu

Wykonanie:



W niedużej miseczce mieszam miód z sosem sojowym i pieprzem. Powstałą pastę rozsmarowuję po mięsie, zawijam je w folię i wstawiam do lodówki na co najmniej godzinę. A później po prostu przekładam nogi do naczynia żaroodpornego i wstawiam na godzinę do gorącego piekarnika. I nic więcej już nie trzeba. Taki kurczak wjeżdża zwykle na stół w towarzystwie najzwyklejszego ziemniaczanego puree. Czasami z groszkiem, czasami z mizerią, a czasami z sałatką z pomidorów. I zawsze smakuje jednakowo dobrze. A do niedzielnego obiadu pasuje wyśmienicie. 

S m a c z n e g o !

niedziela, 20 lutego 2011

Chrust

Karnawałowi musiało stać się zadość. Było już o Babcinych Pączkach, pora na chrust. Bo tak właśnie nazywała te karnawałowe ciastka Moja Babcia. Nie faworki, ale "chrust", albo "chruściki". Przepis jest doskonały. Chrust wychodzi leciutki, rozwarstwiony, miękki i cudownie chrupiący. Mogę polecić z czystym sumieniem. 

C h r u s t   o d   B a b c i



Składniki:

30 dag mąki
3 łyżki śmietany
5 żółtek
2 łyżki masła
szczypta soli
1 łyżka spirytusu
smalec do smażeniu (3-4 kostki)
cukier puder do posypania (ok.10 dag)

Wykonania:

Wszystkie składniki zagniotłam jak kruche ciasto i wybiłam wałkiem (polecam jako niezły środek na wyładowanie stresu). Rozwałkowałam bardzo cieniutko, na około 3mm. Prostokąt ciasta pokroiłam na paski o wymiarach około 3x10 cm, środek nacięłam wzdłuż uważając by nie naruszyć brzegów. Końce pasków przełożyłam przez nacięcie formując chruściki. Smażyłam na rozgrzanym mocno smalcu, osączałam na papierowym ręczniku i jeszcze ciepłe obficie obsypałam cukrem pudrem.

S m a c z n e g o !

sobota, 19 lutego 2011

Szybki Chleb z Żurawiną

Ostatnio cierpię na powszechną dość chorobą zwaną Niedoczasem, do której poważnie przyczynia się ZTM. No, ale warszawska komunikacja miejska to temat na osobną opowieść, a nawet na całą książkę. W każdym razie, karmię się głównie tym, co znajdę w spiżarni. Przynajmniej między poniedziałkiem a piątkiem. Ale w weekend dom musi pachnieć domowym chlebem, nawet żebym miała to przepłacić totalnym brakiem snu. Tym razem trochę oszukiwałam i wybrałam chleb ekspresowy na drożdżach. Ciemny, o konsystencji chałki, o idealnie zbalansowanym smaku i jeszcze wzbogacony żurawiną. Z osełkowym masłem smakował fantastycznie nawet następnego dnia. 

S z y b k i    C h l e b    z    Ż u r a w i n ą


Składniki:

1/2 kg mąki pszennej
3,5 dag drożdży
300 ml wody
2 łyżki miodu
3 łyżki kawy Inki
1 łyżeczka soli
10 dag suszonej żurawiny
2 łyżki oleju

Wykonanie:



Nawet nie bawiłam się z rozczynem. Lekko podgrzałam wodę, rozpuściłam w niej miód i kawę, wkruszyłam drożdże. Trochę pomieszałam, dosypałam mąkę i sól, mieszałam mikserem z hakami. Najpierw 4 minuty na wolnych obrotach, dolałam olej i miksowałam jeszcze 6  minut już na najwyższej mocy. Pod koniec dołożyłam żurawinę, nakryłam lnianą szmatką i odstawiłam na 30 minut. Przełożyłam do natłuszczonej keksówki i pozwoliłam chlebkowi rosnąć jeszcze kolejne pół godziny. Wstawiłam do zimnego piekarnika i piekłam nieco więcej niż godzinę, pilnując tylko by temperatura piekarnika nie przekroczyła 200 stopni. Wystudziłam na kratce. 

S m a c z n e g o !

piątek, 4 lutego 2011

Historia Pewnego Zakwasu



W styczniu wręcz niemożliwie zasłodziłam tego bloga. Może nie jest to specjalnie dziwne, bo uwielbiam słodycze i w nosie mam obwód swoich bioder, ale jednak nie samą czekoladą żyje człowiek. I właśnie zorientowałam się, że tak jakoś nagle, pod koniec ubiegłego roku pojawiły się u mnie chleby na zakwasie. A o samych początkach nie napisałam ani słowa. Pora to naprawić.

Z a  k w a s    Ż y t n i



Z początku byłam nim bardzo przejęta, ale wyszło jak zwykle. Zwyciężyła moja dewiza, że w kuchni dobre jest to, co jest proste. Przeczytałam kilka receptur wymagających odważania i wyrzucania kolejnych porcji pracującego zakwasu i . . .zrobiło mi się żal. Żal marnowania nie najtańszej przecież żytniej mąki razowej. Nic na to nie poradzę, mam jakiś organiczny wstręt do wyrzucania jedzenia, szczególnie tak wartościowego. I postanowiłam spróbować bez wyrzucania. I zrobiłam to tak:

W dużym słoiku zmieszałam 50 g mąki żytniej razowej i lekko ciepłej wody. Nakryłam wieczkiem bez przykrywania i owinęłam w szalik, bo jednak zimą mam w domu temperaturę nieco niższą niż wymagane 24 stopnie. Przez pierwsze 3 dni dokarmiałam go co 12 h dorzucając po 30 ml wody i 30 g mąki. Później przez tydzień jeszcze dokarmiałam go co 24 h. A po 10 daniach upiekłam pierwszy chleb. Wyszedł, więc uznaję, że metoda nie jest najgorsza. 
Schowałam go do lodówki, gdzie teraz stoi sobie3 spokojnie i czeka na pieczenie. Po prostu go wyjmuję, czekam aż się ociepli i dokarmiam. Trochę zmieniłam proporcje, bo wolałam, żeby był bardziej płynny, dodaję wiec teraz po 3 dag maki i 60 ml wody. Kiedy zaczyna pięknie bomblować zabieram się za chleb. I już. 

A oto dwa pierwsze chleby zakwasowe mojego autorstwa:

F i r m o w y   C h l e b   P i e k a r n i   P o   G o d z i n ac h




Składniki:

200g zakwasu żytniego razowego (100% hydracji)
290g wody
400g białej pszennej mąki chlebowej
100g pszennej mąki razowej
1 łyżeczka świeżych drożdży
12g soli

Wykonanie:


 
Zaczyn wymieszałam z mąką,wodą i drożdżami. Zostawiłam na 20 minut. Następnie dodałam sól i zagniotłam gładkie, delikatnie lepkie ciasto. Zostawiłam do wyrośnięcia na 2 godziny w temp 24 C, składając ciasto raz po godzinie. Ukształtowałam podłużny bochenek i złączeniem w górę włożyłam do koszyka. Rósł sobie 90 minut.
Ponieważ nie mam pieca z regulacją temperatury, więc po prostu wsunęłam chleb do maksymalnie nagrzanego piekarnika i upiekłam z parą. 

C h l e b    P o l s k i    o d    T a t t e r

Składniki:

200g zaczynu zakwasowego żytniego razowego
550g mąki białej pszennej
50g otrąb pszennych
1 łyżeczka miodu
1 łyżka soli
300 ml letniej wody
1 łyżeczka świeżych drożdży

Wykonanie:



Z drożdży, miodu i wody zrobiłam rozczyn i odstawiłam na kwadrans, a następnie zmiksowałam z resztą składników używając haków do miksera, jak zwykle - 4 min na najniższych i 6 minut na najwyższych obrotach. Pozwoliłam mu wyrastać 2 1/2h, a po drodze jeszcze 3-krotnie złożyłam. W końcu uformowałam bochenek i odstawiłam na kolejną godzinę. Piekłam z parą nieco dłużej niż godzinę. 



S m a c z n e g o !

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Makowy Tort z Białą Czekoladą

Człowiek ma czasami urodziny. Ja też. Chwalić się niespecjalnie jest czym, bo to już po raz ostatni dwójka  z przodu. Za to spokojnie mogę pochwalić się tortem, na który przepis pożyczyłam sobie od Dorotus z bloga Moje Wypieki. Zmian dokonałam bardzo niewielkich, a wyszedł naprawdę fantastycznie. Połączenie chrupiącego, makowego biszkoptu z bitą śmietaną i białą czekoladą okazało się po prostu doskonałe.

Tort Makowy z Kremem z Białej Czekolady



Składniki na biszkopt:
  • 5 jajek
  • szczypta soli
  • 15 dag cukru pudru
  • 2 łyżki mielonych migdałów
  • 12 dag mąki pszennej
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 1 płaska łyżka proszku do pieczenia
  • 20 dag suchego maku
Składniki na krem:
  • 30 dag białej czekolady
  • 400 ml śmietany kremówki
 Składniki na poncz do skropienia biszkoptu:
  • 1 szklanka herbaty
  • 50 ml spirytusu


Użyłam jeszcze słoika konfitury z nektarynek produkcji Mojej Mamy i kawy cappucciono do ozdobienia.

Wykonanie:

Oddzieliłam białka od żółtek i ubiłam na sztywną pianę ze szczyptą soli. Domieszałam żółtka i mieszając ręką powoli dosypywałam sypkie składniki. Natłuściłam tortownicę o średnicy 28 cm, wysypałam bułką tartą i przelałam ciasto. Piekłam 45 minut w 180 stopniach. Wyjęłam z formy, wystudziłam i przekroiłam na pół.

Gdy ciasto stygło roztopiłam czekoladę na parze i zmiksowałam z ubitą kremówką. Blaty skropiłam herbatą z alkoholem, smarowałam konfiturą i kremem. Złożyłam i posmarowałam reszta kremu, a wierzch posypałam kawą. 



S m a c z n e g o !

sobota, 29 stycznia 2011

Tarta na "te" dni

Mój ulubiony dowcip: "Wiecie dlaczego kobieta przed okresem gotuje obiad w 12 garnkach? BO TAK!!!!!!!" I wmawiam sobie, że go lubię, bo umiem się śmiać sama z siebie. Może w ramach psm nie zabijam ludzi wokół, ale za to gwałtownie wzrasta mi potrzeba czekolady. Próbowałam kiedyś zastąpić ją magnezem i chromem w pigułkach.  Też działa. Ale sprawia mi znacznie mniej przyjemności, niż ta cudowna tarta, która przez resztę miesiąca byłaby chyba absolutnie niejadalna ze względu na poziom słodyczy. Uwaga - to jest przepis tylko dla rasowych łasuchów!

Czekoladowa Tarta z Krówką Pod Bezową Pierzynką



Składniki:
(porcja na tortownicę 22 cm)

  • 20 dag mąki
  • 3 jajka
  • 8 dag masła
  • 1 cukier waniliowy
  • 6 łyżeczek czekolady w proszku
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/2 szklanki cukru
  • 2 szczypty soli
  • 1 mała puszka masy krówkowej (330 g)

Wykonanie:

Oddzieliłam żółtka od białek. Białka ze szczyptą soli wrzuciłam do miksera, żeby ubijały się na sztywną pianę i zabrałam się za ciasto. Posiekałam mąkę z proszkiem, szczyptą soli, masłem, żółtkami, cukrem waniliowym i 4 łyżeczkami czekolady. Wylepiłam gotowym ciastem natłuszczoną tortownicę, posypałam resztą czekolady uformowałam brzeg i wylałam do środka masę krówkową.Do białek dorzuciłam 1/2 szklanki cukru, zmiksowałam krótko i wyłożyłam na wierzch. Piekłam około 40 minut w 180 stopniach.
Kto ma ochotę, może zrobić wersję bardziej szlachetną. Można użyć startej czekolady o wysokiej zawartości kakao i samodzielnie zrobić kajmak i zmieszać go z siekanymi orzechami. Można po wierzchu polać stopioną czekoladą. Można wszystko.



S m a c z n e g o !

czwartek, 27 stycznia 2011

Biały Wieczór



Bo ja kocham biel. Tą za oknem też. Szczególnie, kiedy wieczorem skrzy się na gałązkach pod moim oknem. Albo gdy powoduje, że częściej odwiedza nas Basia (zaprzyjaźniona wiewiórka). Albo jak wczoraj, kiedy do powieszonej na naszym bzie słoniny zleciało się aż 6 sikorek! Jednocześnie, tylko mi śmigały te ich żółte brzuszki za oknem. A ja mogłam sobie na to popatrzeć, zupełnie za darmo, za to z gorącą filiżanką w dłoniach. A w filiżance gorąca, biała czekolada. 

B i  a ł a    C z e k o l a d a    n a    G o r ą c o
(porcja na 4 spore filiżanki) 


Składniki:

  • 2 szklanki pełnotłustego mleka
  • 1 tabliczka białej czekolady
  • kilka kropelek olejku waniliowego
  • 1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej

Wykonanie:

Ach, jakie to proste. Ot, w jednym garnuszku nastawiłam mleko, a w drugim wodę. Mleko zostawiłam samemu sobie, a na garnku z wodą powiesiłam za uszy drugi garnuszek, troszkę mniejszy, i wrzuciłam do niego połamaną czekoladę. Kiedy kostki zrobiły się zupełnie miękkie, przełożyłam je do gorącego mleka, przechyliłam buteleczkę z olejkiem i zmiksowałam, żeby całość ładnie się spieniło. Zostało już tylko rozlać do filiżanek i posypać kawą. Trochę po to, żeby ładniej wyglądało, trochę, żeby lepiej pachniało, ale najbardziej jednak dla smaku. Bo ta czekolada jest jednak bardzo słodka i warto ją przełamać odrobiną kawowej goryczki.

Ale, ale . . . filiżanka pełna i nic do przegryzienia?! No przecież chyba nie w moim domu! I w ten sposób znów popełniłam Milanaise, bo jeszcze bardziej niż śnieg, lubię, gdy ciastka pachną cytrusami. 

C i a s t e c z k a    M e d i o l a ń s k i e


Składniki:

  • 40 dag mąki
  • 10 dag mąki ziemniaczanej
  • 1 kostka miękkiego masła
  • 20 dag cukru
  • 3 jajka
  • szczypta soli
  • skórka otarta z 2 cytryn i 1 pomarańczy

Wykonanie:

Masło zmiksowałam na puch z solą i cukrem. Po kolei dodawałam jajka, skórki owocowe, a na końcu mąki. Uformowałam kulę i schowałam do lodówki, żeby ładnie stwardniało. Rozwałkowałam i puściłam w ruch foremkę-serduszko. Piekłam około kwadransa w około 180 stopniach. A kiedy wystygły leciutko jeszcze polukrowałam, żeby iskrzyły mi ładnie, jak śnieg w naprawdę mroźny wieczór. 


S m a c z n e g o !

A przepis na biały wieczór, zgłaszam do akcji:

niedziela, 23 stycznia 2011

Kremowy Makowiec na Jabłkach

Wprawdzie nigdy nie byłam na forum Cin Cin, ale jednak wpis Tatter obwieszczający Weekend Makowy zdopingował mnie do wykorzystania masy makowej, która czekała sobie w zamrażalniku od świątecznego makowca. Szybko przejrzałam zgromadzoną przez lata bazę przepisów i wybrałam coś znacznie lżejszego niż tradycyjny makowiec. A ponieważ wyszło doskonale, to się chwalę.  

K r e m o w y   M a k o w i e c   n a    J a b ł k a c h



Składniki:
  • budyń z 1/2 l mleka (w moim przypadku domowy z 1/2 l mleka, 2 łyżek mąki pszennej i 2 łyżek krupczatki oraz 4 łyżek cukru)
  • masa makowa(użyłam po prostu tyle, ile miałam)
  • 4 duże jabłka
  • 20 dag masła
  • 10 dag cukru
  • 1 cukier waniliowy
  • aromat cytrynowy
  • 25 dag mąki
  • 3 jajka
  •  
I dodatkowo na kruszonkę:
  • 5 dag masła
  • 5 dag cukru
  • 10 dag mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia

Składniki:

Masę makową zmiksowałam z wystudzonym budyniem. Jabłka obrałam i pokroiłam w plasterki. Masło utarłam z cukrem, cukrem waniliowym i szczyptą soli oraz zapachem cytrynowym. Kolejno wbijałam jajka, a na końcu zmieszaną z proszkiem do pieczenia mąkę.
Ciasto rozsmarowałam a natłuszczonej i wysypanej bułką tartą blasze, wyrzuciłam na nie jabłka, a na nich rozłożyłam masę makową. Szybciutko czubkami palców zagniotłam kruszonkę i wstawiłam do pieca. Piekło się to cudo około godziny w 180 stopniach. 

S m a c z n e g o !

wtorek, 18 stycznia 2011

Cytrynowe Ciasto z Polentą

Jakiś czas temu, zupełnym przypadkiem i niezupełnie świadomie, za to za niemałe pieniądze nabyłam 2 kg oryginalnej włoskiej polenty. Od tej pory stoi sobie w szafce niemal zupełnie nienaruszona, bo jakoś nie mam na nią weny. Tym bardziej, że w tradycyjnej, obiadowej formie raczej za nią nie przepadamy. 



No i z pomocą przyszła mi Nigella Lawson i jej ciasto cytrynowe. Książka "Kuchnia - przepisy z serca domu" jest kolejnym z gwiazdkowych prezentów. I właśnie ze względu na zawartość polenty, wpadł mi w oko przepis na ciasto cytrynowe. 
Od razu przyznaję, że trochę pozmieniałam w oryginalnym przepisie. Głównie dlatego, że zależało mi na utylizacji polenty, a nie migdałów, których z resztą akurat nie miałam, więc zastąpiłam je orzechami włoskimi. Mimo tego, ciasto wyszło rzeczywiście rewelacyjne; bardzo świeże w smaku o konsystencji creme brule. A a propos zmieniania, już wyobraziłam sobie wersję czekoladową . . . 

C y t r y n o w e   C i a s t o   z   P o l e n t ą
(inspirowane Nigellą Lawson)



Składniki:

  • 20 dag masła
  • 20 dag cukru
  • 10 dag mielonych orzechów włoskich
  • (w oryginale 20 dag mielonych migdałów)
  • 20 dag drobnej polenty
  • (w oryginale 10 dag)
  • 1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 3 jajka
  • 10 dag cukru pudru
  • (w oryginale 12,5 dag)
  • sok i skórka z 2 cytryn

Wykonanie:

Zmieszałam polentę z proszkiem i migdałami. Masło utarłam na puch z cukrem i dalej miksowałam dodając naprzemiennie po 1 jajku i części mieszanki suchych składników. Na końcu domiksowałam jeszcze skórkę cytrynową.  Wyłożyłam do natłuszczonej i wysypanej tartą bułką tortownicy o średnicy 22 cm. Piekłam niecałą godzinę w 180 stopniach (40 minut według Nigelli okazało się zbyt mało). Sprawdziłam patyczkiem - ciasto wydaje sie średnio ścięte, ale patyczek wychodzi z niego suchy.



Po wyjęciu szybko podgrzałam sok cytrynowy z cukrem pudrem, aż cukier się rozpuścił. Podziurkowałam patyczkiem ciasto i wylałam na nie syrop. Jako zachętę dodam, że w całej kuchni natychmiast rozszedł się fantastyczny zapach lemoniady. 
Wyjęłam z formy dopiero po ostudzeniu. 

S m a c z n e g o !

A przy okazji zgłaszam to ciasto do akcji Niki "Przepisy Nigelli Lawson". Wprawdzie to tylko inspiracja, ale jednak wyraźna.

niedziela, 16 stycznia 2011

Domowe Herbatki

Właściwie powinnam napisać to dużo wcześniej, ale jakoś nie było czasu. A tymczasem właśnie dziś sięgnęłam do spiżarenki i zafundowałam sobie spokojne, niedzielne popołudnie z filiżanką doskonałej, domowej herbaty. Tak, jestem świrem i mieszam sobie herbatki. Nie podam żadnych specjalnych receptur, bo to raczej kwestia weny i jedna wielka improwizacja. Bardziej chciałabym zachęcić kilka osób do eksperymentowania na własną rękę. 



Kupiłam sobie po prostu dwa rodzaje herbaty. Ulubionego Assamu - czarnego i biało-zielonej mieszanki. A później zrobiłam napad na aptekę. Suszona lawenda, mięta, malina, melisa, szałwia, koszyczek rumianku. 
No i zaprawy. Ten cudowny, jesienny czas, kiedy zaprawia się cudowne, aromatyczne owoce. A wszystkie one mają skórki. Ususzyłam więc tony jabłkowych i gruszkowych skórek, dołożyłam wszelkiego rodzaju skórki cytrusowe. Winogrona z własnego ogrodu. I jeszcze wiśniowe i winogronowe liście. 



A później zaczęłam mieszać. Zielono biała herbatka z melisą i skórką gruszki na spokojne wieczory. Czarna z cytryną, jabłkiem i miętą na upały. Czarna z jabłkiem, goździkami i cynamonem, którą nazwałam "szarlotką" - idealna na zimę. Zielono-biała z owocami i liśćmi winogron. Czarna z liśćmi wiśni i prawdziwą wanilią. Lipa z maliną na przeziębienie. 


A teraz mam na półce nieduże słoiczki wypełnione herbatkami, których nie ma nikt oprócz mnie. No i to miłe, aromatyczne, niedzielne popołudnie. 
S m a c z n e g o !

sobota, 15 stycznia 2011

Męski Obiad na Sobotę

Tak jak pisałam wcześniej, po Świętach mam wyjątkowy pęd do prostego jedzenia. A w męskim wydaniu powinno być mięsno i pikantnie. No i właściwie, czemu nie? Taki zestaw naprawdę wart jest polecenia choćby ze względu na wyjątkową łatwość przygotowania, chociaż mam pewien problem z podaniem dokładnych przepisów. Właściwie wykonuje się to automatycznie:

Pieczone Kiełbaski w Cebuli z Chrzanowym Puree



Składniki:

  • kiełbaski wieprzowe 
  • (tyle sztuk, ile osób chętnych do jedzenia)
  • ulubione przyprawy
  • (ja używam granulowanego czosnku i ziół prowansalskich)
  • 1/2 kg czerwonej cebuli
  • sól
  • ziemniaki
  • (zwykła porcja obiadowa, u mnie około 1 kg)
  • stopione masło
  • (powiedzmy 5-10 dag)
  • mleko
  • 2-3 łyżki dobrego, ostrego chrzanu

Wykonanie:

Obieram ziemniaki i gotuję jak zwykle. Zaraz po wstawieniu ich na ogień zabieram się za kiełbaski. Nacinam je tak jak zwykle do smażenia, czyli w krateczkę. Nacinam po prostu z obu stron ukośne paski w jedną i drugą stronę. Kiełbasa nie musi być wyjątkowej jakości, przyprawy poprawią jej smak, a pieczenie pozbawi nadmiaru tłuszczu. Posypuję przyprawami, układam w naczyniu żaroodpornym i wkładam do piekarnika, albo na grill w kuchence mikrofalowej. Z resztą, polska kiełbasa kupiona poza supermarketem i tak jest zwykle doskonała. 



Cebulę kroję na połówki, a te w cienkie plasterki. Używam czerwonej. Biała, cukrowa będzie zbyt łagodna. Można użyć zwykłej cebuli, ale w takim przypadku lepiej pozbawić ją goryczki, a to już wymaga trochę pracy. Jeśli ktoś ma ochotę; posiekaną cebulę należy mocno posolić, odstawić na godzinę, odcisnąć sok i cebulę dobrze wypłukać z soli.  
Tak przygotowaną cebulę po prostu smażę. Nigdy na oleju. Olej rozgrzewa się do zbyt wysokiej temperatury. Cebula ma wysoką zawartość cukru, a co za tym idzie, tendencję do przypalania się. Warto też smażyć ją trochę inaczej niż radzi się zazwyczaj. Ja zawsze wkładam cebulę na absolutnie zimny tłuszcz, solę i dopiero wtedy stawiam na maleńkim ogniu. W ten sposób wpije mniej tłuszczu i udusi się we własnym soku, pięknie się zeszkli, ale absolutnie nie przypali. Choć trwa to nieco dłużej niż tradycyjne smażenie, wiec jak kto woli. 



Ugotowane ziemniaki duszę taką specjalną spiralką, można też przepuścić przez praskę. Wlewam roztopiony tłuszcz i mleko, w takiej ilości, żeby otrzymać delikatny, aksamitny ziemniaczany krem zamiast tradycyjnej, bryłowatej, twardej papki serwowanej w większości restauracji. A ponieważ ma to być męska wersja puree, dorzucam jeszcze kilka łyżek chrzanu. 
Wystarczy już tylko wyłożyć na talerz.

S m a c z n e g o !

czwartek, 13 stycznia 2011

Pierwszy z Przedwojennych Chlebów

Obiecałam go już jakiś czas temu, kiedy pisałam, że zauroczyły mnie zostawione pod moją choinką przedwojenne książki kucharskie. Jedną z nich jest "Jak gotować" Marii Disslowej, książka wydana w Poznaniu w 1932 roku. I z niej właśnie pochodzi przepis na ten właśnie chleb. 



Z premedytacją na początek wybrałam przepis wcale nie najbardziej wykwintny ani najtrudniejszy. Wręcz przeciwnie, postanowiłam zacząć od receptury podstawowej, najprostszej, najbardziej codziennej. Zauroczył mnie ten chleb właśnie swoją prostotą, choć trochę czasu jednak wymagał. Głównie dlatego, że przepis bazuje nie na zasadniczym zakwasie, a na pewnej jego wariacji, czyli na "kwaśnym cieście". 
Poszperałam trochę i wiem już, że tuż przed wojną, było to rozwiązanie nieco bardziej popularne niż zakwas właściwy, bo praktyczniejsze. Zamiast przechowywać zakwas, dbać o właściwą jego temperaturę,dokarmiać itd. wystarczyło po prostu schować kawałek chlebowego ciasta i użyć go do zakwaszenia kolejnych bochenków. W dodatku kwaśne ciasto można zasuszyć i tylko uaktywnić przed pieczeniem. Trochę chyba przypomina to obecne kupne zakwasy w granulatach. 


Ponieważ takie "kwaśne ciasto" i tak trzeba rozmoczyć, zakładam więc, że do upieczenia tego chleba można równie dobrze użyć świeżego zakwasu. Ale chciałam być purystką, pokusiłam się więc o zrobienie kwaśnego ciasta, bez wcześniejszego pieczenia chleba.

K w a ś n e    C i a s t o

Składniki:

35 g aktywnego zakwasu żytniego
80 ml ciepłej wody
135 g mąki żytniej

Wykonanie:

Wystarczy zmieszać i odstawić na około 12 godzin, żeby mąka się zakwasiła.
Z tym puryzmem nie wyszło mi do końca. Ciasto z oryginalnego przepisu miało zbyt niską hydrację, by móc wyrobić je w mikserze czy robocie - wychodziła raczej kruszonka. Natomiast ręczne, godzinne wyrabianie było zbyt przerażającą perspektywą. Zdecydowałam się więc na zwiększenie o 150 ml ilości użytej wody. 

Efekt? Fantastyczny. Mocny, żytni chleb o przepięknej, miodowej barwie skórki. Mięciutki w środku z najbardziej chrupiącą, trzeszczącą w zębach skórką jaką jadłam kiedykolwiek w życiu. Dość ciemny, choć zrobiony z białej mąki, bo zdecydowałam się na jej wcześniejsze uprażenie. Dlaczego? Bo często zdarzało mi się, że mimo braku zakalca chleb wyglądał na rozmoczony, a spodnia skórka nie twardniała wystarczająco. Zacytuję autorkę, która przewidziała takie problemy i znalazła na nie radę:



"(...) można poprawić mąkę prażąc ją na ogniu cały czas mieszając, aż lekko zżółknie lub domieszać trochę mąki kukurydzianej. (...) Chleb z uprażonej mąki będzie nieco ciemniejszy, ale mniej klajstrowaty."

Sama wybrałam wersję absolutnie podstawową jako jedynej wariacji używając prażonej mąki. Ale autorka podaje jeszcze kilka innych możliwości. Jeśli ktoś ma ochotę na zabawy z tym przepisem, będzie mi bardzo miło. A oto owe rady:

"Zamiast wody można dolać do chleba słodkiego lub kwaśnego mleka, serwatki lub soku z ugotowanych owoców, np. suszonych śliwek"

"Do ciasta chlebowego można też dodać ugotowanych i roztartych ziemniaków. Chleb będzie pulchniejszy i dłużej zachowa świeżość". 
Już wyobrażam sobie wariację z mąką kukurydzianą, ziemniakami i na maślance . . . może następnym razem. A na razie, wreszcie, zasadniczy przepis. Dodam tylko, że jest to przepis przeliczony ze znacznie większej ilości. W oryginale było ponad 3 kg mąki, tylko kto by to zjadł?!

C h l e b    P r z e d w o j e n n y



Składniki:

1/2 kg mąki żytniej
(użyłam zwykłej chlebowej typ 720)
20 dag mąki pszennej
(użyłam najzwyklejszej typ 650)
350 ml wody
(użyłam 500 ml)
8 g drożdży
2 dag kwaśnego ciasta
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka kminku
(zrezygnowałam, bo w naszym domu nikt kminku nie lubi)

Wykonanie:

Zmieszałam ze sobą obie mąki, uprażyłam i przesiałam. W ciepłej wodzie rozmoczyłam kwaśne ciasto i drożdże, zmieszałam z 20 dag mącznej mieszanki. Odstawiłam do zakwaszenia na 4h, bo zdecydowałam się na wersję najprostszą, ale można też zakwaszać 8 godzin. Ciasto będzie wtedy kwaśniejsze. (Myślę, że w zapowiedzianej wariacji tego przepisu będzie się kwasiło 8 godzin).



Po tym czasie dodałam resztę mąki, sól, (kminku jeśli ktoś lubi - ja po prostu ten składnik pominęłam, ale myślę, że sprawdzi się każde ulubione ziarno) i wyrabiać przez godzinę. Jak pisałam wyżej, zamiast ręcznego zarabiania użyłam po prostu miksera z hakami i wyrabiałam 10 minut.
Gotowe ciasto odłożyłam do podwojenia objętości, co powinno trwać 2-3h w zależności od panującej w pomieszczeniu temperatury. (Tak sobie myślę, a gdyby wydłużyć ten czas obniżając temperaturę rośnięcia? Chyba następnym razem spróbuję). Wystarczyły 2 godziny. 
Wtedy przełożyłam do wyłożonego szmatką plastikowego durszlaka, który zastępuje mi bardziej profesjonalny koszyczek. Dodam tylko, że konsystencja ciasta była idealna - mimo tego, że nie podsypałam mąką, ciasto nie przykleiło się do szmatki ani odrobinkę. I tak rosło sobie godzinkę. 
A później posmarowałam gorącą wodą (przy użyciu pędzla) i wstawiłam do piekarnika na około 90 minut. W oryginale miała to być godzina, ale mój bochenek ważył więcej niż przewidziany w oryginale kilogram. Temperatury nie podam, bo przepis pochodzi z czasów, gdy piekło się chleb w piecach kaflowych, bez termostatów.  Użyłam po prostu mocno nagrzanego, metalowego piekarnika bez regulacji temperatury, który podobno osiąga około 200 stopni.   
Wyjęłam, jeszcze raz posmarowałam wodą i wstawiłam do piekarnika jeszcze na 10 minut. 



S m a c z n e g o !